Gdy choroba dotknęła Małyża, Akhifer zauważyła od razu. Małż przestał pokazywać setki swoich malutkich oczek, siedział nieruchomo w muszli, odmawiając nawet jedzenia. Nie kopał w sypkim piasku, nie grzebał w podrzuconych resztkach, gdyby Ferka nie zaobserwowała czasem rozszczelnionego domku, byłaby skłonna uwierzyć, że jej zwierzątko nie żyje. Na szczęście to nie śmierć chwyciła skorupiaka w swoje zimne zęby, choć być może choroba wcale nie była lepsza.
Nie było w ławicy medyka, który znałby się na małżach, wśród hodowców również było ciężko. O dziwo na ratunek przybył jej łowca, który specjalizował się w polowaniu na małże. Umiał rozpoznać chore osobniki i znał choroby, jakie mogły je dotykać. Wystarczyło mu jedno spojrzenie, by wiedzieć, co dzieje się z Małyżem.
– Kamień na oczkach. Jest wyjątkowo powszechny w tym roku, u dzikich małży albo schodzi, albo pośrednio doprowadza do śmierci, bo nie chcą jeść. – Przerażenie na twarzy Akhifer musiało być bardzo ewidentne, bo łowca szybko zaczął ją uspokajać. – Ee, jak powiedziałem, tak jest u dzikich małży. Kapitan może spróbować wciskać do środka muszli sok z owocu jazimlecza. Widziałem małże z kamieniem, które specjalnie ściskały jazimlecz, żeby otoczyć się jego sokami, a po kilku dniach kamień schodził. W domowych warunkach praktyka ta dopiero wchodzi, ale nikt nie zgłosił żadnych poważnych efektów ubocznych.
– A te niepoważne?
– To alergie pojawiające się u karpi. U małży nic się nie pojawia.
Owoce jazimlecza nie były łatwe do znalezienia, wszak był to tylko początek wiosny i rośliny ledwo zaczęły kwitnąć, nie mówiąc o owocowaniu. A przynajmniej tak przekonana była Akhifer, bo dopiero w trakcie swoich poszukiwań dowiedziała się, że jazimlecz owocuje jako jedna z pierwszych roślin w roku. Już na początku wiosny, korzystając z zalążków wyprodukowanych jeszcze jesienią. Jazimlecz nie rósł w starym zbiorniku, koi poznały go dopiero w Lazurowym Jeziorze i dlatego wiedza o nim nie była popularna. Teraz Ferka w końcu wiedziała, skąd w poprzednich latach Miyona miała świeże owoce na przywitanie wiosny.
Do domu przyniosła cały koszyk małych, pomarańczowych jagód. Spodziewała się, że będzie musiała namawiać Małyża do współpracy, ale skorupiak sam swoją pojedynczą nóżką przyczołgał się do koszyka i zaczął częstować się jazimleczem. Najwyraźniej podświadomie wiedział, ku czemu te owoce służą. Uspokoiło to karpicę, teraz obserwującą swoje ukochane zwierzątko z delikatnym uśmiechem na pyszczku. Tyle zamartwiania się po nic, sprawcą okazał się łatwo uleczalny kamień na oczkach, o którym w sumie pierwszy raz usłyszała. Zapisała sobie, co robić, jeśli w przyszłości znowu będzie miała z tym styczność. Zapisała także objawy, które wyjaśnił łowca.
Przy okazji zastanawiała się, dlaczego praktycznie nikt nie wie nic o małżach. Owszem, znalazł się jeden łowca, ale łowca to nie hodowca, a hodowca to wciąż nie medyk. Przez krótką chwilę kapitan miała ochotę zmienić swoje stanowisko i zostać medykiem zwierząt, ale za ciężko pracowała na to, co teraz miała w osiągnięciach, by to porzucić. Może po prostu zamiast tego otworzy nowe stanowisko dla koi, które chcą leczyć domowe zwierzątka i zaoferuje na początku nieco wyższą płacę, w końcu zwierzomedycy musieliby znać kilkanaście różnych gatunków jednocześnie. Nie wiedziała, ile osób byłoby zainteresowane taką pracą, ale jakiś pomysł był. Czasem wypadało zaoferować coś więcej jako alfa niż tylko zasady.
Koniec
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz