Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feliks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feliks. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2025

Od Akhifer i Feliksa – "Rubinowe prądy" cz.4

Ilość słów Akhifer: 151
Ilość słów Feliksa: 347

Feliks nerwowo plątał się przy brzegu Wielobarwnej Polany, co chwilę przeczesując czoło płetwą, choć nie było na nim ani jednej łuski do poprawienia. Tysiąc razy sprawdził, czy wszystko ma na miejscu: ogon czysty, płetwy równo rozpostarte, łuski natarte korzeniem mięty wodnej, jak radziła mu stara strzebla, którą spotkał podczas podróży wzdłuż wartkich strumieni i wskroś zarośniętych jezior, długo przed tym, jak dotarł do starego, dobrego Zbiornika poczciwej społeczności koi. Mimo to wciąż czuł się nieprzyzwoicie czerwony, jakoby już nie wolny karp w jeziorze, a ugotowany, zanurzony w sosie z buraków.

„A co jeśli jej się nie spodobam?”, zadał sobie proste pytanie. „Nie trzeba było zlewać się tą cholerną pastą do łusek. Pachnę jak zielsko na skarpie,” mamrotał sam do siebie, dryfując w tę i z powrotem, nieco nazbyt sztywny, by sprawić sobie oskarżycielski monolog o własnej nieroztropności.

Gdy tylko dostrzegł błysk żółtych łusek wyłaniających się z oddali, serce zabiło mu jak ogon potwornego rekina koiojada, o których słyszał w klechdach starych sumów.

A potem pojawiła się ona. Piękna, świetlista, i... uśmiechająca się do niego tak, jakby naprawdę się cieszyła.

– Feliks! – jej głos rozbrzmiał niczym najcieplejszy prąd. Feliks zamarł. A potem, jakby coś w nim pękło, wyrwał z siebie chrypliwy szept.

– Witajże, och, Akhifer... jesteś... och.

I było to szczere jak sen niemowlęcia; i było to proste jak budowa cepa. Jednak Feliks nie myślał o tym w tamtej chwili. Myślał właściwie tylko o jednym.

Spojrzał na Akhifer kątem oka: to nie sen; wciąż była jasna, błyszcząca, pachnąca ziołami i czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać, ale co od razu uderzyło mu do głowy.

– Wiesz... – zaczął, drapiąc się nerwowo pod skrzelami. – Może to trochę głupie, ale... znam takie jedno miejsce. Nielegalne trochę. Znaczy, zupełnie nielegalne, ale... tak tylko odrobinkę.

31 grudnia 2024

Od Akhifer i Feliksa – "Rubinowe prądy" cz.3

Ilość słów Akhifer: 957
Ilość słów Feliksa: 798

– Koło południa, koło południa się zobaczymy – powtórzył głucho szeregowy. Tak głucho, że szept jego przerodził się w ledwie maleńki wirek powietrza. Mały koi westchnął, a kilka niewinnych bąbelków powietrza uleciało niewinnie wprost z jego rozwartego głąbowato pyszczka wprost ku odległej powierzchni wody. Nie pierwszy raz znosiła ona jego humory i przyjmowała ciężkie myśli w postaci rozpuszczonej. Pozostawała niezmienna i niewzruszona, zupełnie nie tak, jak stukające w piersi, karpie serduszko.

Och, jak trudne zdawało się wszystko dla nieszczęsnego Feliksa, gdy rozpłynęli się z alfą i pozostał sam po przedpołudniu pełnym wrażeń. Och, jak niemiłosiernie gryzły go ostatnie wspomnienia, gdy wracał do nich mimowolnie, a potem każdy, zimny prąd, kazał mu zderzyć się z teraźniejszością. Płynął jak pijany i zastanawiał się.

Dlaczego Akhifer kazała mu się stawić? Czy zrobił coś nie tak? Czy każe rozstrzelać go za sianie niepokoju moralnego, teraz, gdy cała sytuacja okazała się czymś zupełnie innym, niż wcześniej ją przedstawiał? Nie, niemożliwe. Akhifer nie byłaby taka. Nigdy! Co zatem nią kierowało? Czy możliwe, by ona naprawdę znała jego myśli? Wszystkie jego pokrętne, wstydliwe myśli, które upychał na samym końcu swojego ciasnego rozumku? Nie, to tym bardziej niemożliwe!

A więc pierwsza z opcji była rzeczywiście bardziej prawdopodobna...

Feliks nawet nie spostrzegł, gdy zaczął nerwowo kręcić się w kółko. Każdy jego mięsień odruchowo skręcał ku Wielobarwnej Polanie. Zwalczyć tego pragnienia - niepodobna!

I tak się to wszystko skończyło, że nim krab przebiegł trzy kroki w bok po cennych roślinach, Feliks już pędził na Wielobarwną Polanę. Wiedział, że będzie sporo przed czasem, ale nie powstrzymało go to. Nie mógłby spóźnić się ani o minus pół godziny.

Choć ledwie się rozpłynęli, Akhifer czuła roznoszące ją od środka dziwne podniecenie. Miała ochotę podbijać się ku górze, kręcić piruety, tańczyć wśród wodnych traw, w skrócie – zachowywać się jak narybek. Gdyby miała kredki i papier, z pewnością zaczęłaby rysować serduszka, kwiatki, tęczowe danio, po prostu wszystko, co najlepsze. W jej piersi unosiła się pieśń, jednak tak daleko karpica nie pozwoliła sobie odlecieć. To byłby już za duży wstyd na jej stanowiska.

31 października 2024

Od Feliksa i Akhifer – "Rubinowe prądy" cz.2

Ilość słów Akhifer: 957
Ilość słów Feliksa: 798

Akhifer musiała dobrze się zastanowić, co zrobić dalej. Mieli jakąś poszlakę, ale co ona dawała? Zaledwie wskazówki, gdzie szukać dalej odpowiedzi.

– Myślę, że naszą najlepszą opcją będzie zapytanie jakiegoś łowcy albo nauczyciela zoologii, jakie zwierzęta mogą być wabione przez nowy nawóz – powiedziała na głos, kierując słowa bardziej w eter niż do swojego towarzysza przygody. – Chociaż nie wiem, ile zwierząt może być zainteresowane ościami. I nie będą to płaszczki, bo płaszczki jedzą głównie mięczaki i tylko pojedyncze gatunki jedzą ryby.

Feliks wpatrywał się w alfę jak w obrazek, zupełnie jakby był oczarowany jej wiedzą, na co Ferka się speszyła. Nie uważała się za jakiegoś znawcę w temacie fauny i choć miewała swoje prześwity, raczej traktowała posiadaną wiedzę jako podstawową. Wzrok czerwonego karpia świadczył jednak o czymś innym. Kapitan poczuła przypływ ciepła napływający do jej policzków, gdy zbyt długo patrzyła w oczy Felka. Odchrząknęła.

– Wracając... Łowca albo nauczyciel zoologii. Ktoś, kto się zna. Jaki mamy wybór?

Udawała skupioną, by zakamuflować swoje zażenowanie i nie patrzyć się więcej na Feliksa. Przy okazji robiła mentalną listę rybek, które zna i które mogą jej pomóc, ale niewiele to dawało.

– Nauczyciel zoologii, droga alfo - odparł Feliks bezmyślnie, skrycie kręcąc głową, by oczy przez przypadek nie wypstryknęły mu z orbit. Refleksy znad wysokiej powierzchni wody tak zniewalająco tańczyły na jej ametystowych tęczówkach. Obie one były jak klejnoty błyszczące wprost z obręczy drogiego pierścienia, który nieszczęśliwie zakochany człowiek cisnął w morskie głębiny, mając nadzieję, że wraz z nim fale pochłoną jego przekleństwo. Troszkę nieroztropny Feliks zapatrzył się na objawiony przed nim cud natury, musiał wyjść przeto na bezczelnego i utracić (bezpowrotnie.) wszelki ostatek szacunku, jakim najmilsza z alf jeszcze przed chwilą go darzyła.

Lecz co to? Akhifer patrzyła na niego nie inaczej niż wcześniej, ze swoim łaskawym zainteresowaniem, z uprzejmym zrozumieniem, tak ciepłym i nieodłącznym od jej postaci, jakoby żar od płomienia nieoddzielonym. Miał ochotę zakrzyknąć; błagać o przebaczenie za swą chwilę niemoty, która musiała uczynić go w jej oczach niskim i miałkim. Jakimi jednak słowami mógłby wyrazić skruchę, by jeszcze bardziej nie zrazić do siebie tej ponadwodnej istoty, nie zamroczyć cieniem oskarżenia jej uczynnych oczu? Skłonił się tylko lekko, dając znak, że skończył mówić.

– No to idziemy - stwierdziła alfa, jak gdyby kolejny krok śledztwa był dla niej oczywisty. Szeregowy zamachnął się swoim umięśnionym ogonem, by dogonić ją w drodze. - Poszukamy Dareliusza.

– Dareliusza? - Feliks skrzywił się. Już samo imię wydało mu się niezmiernie podejrzane. Brzmiało dokładnie tak, jakby skrywał się za nim przebiegły młodzieniec, chytrzący chichocząc na odziedziczonym przedwczoraj stanowisku i szczerzący swoje cienkie kiełki jak głupi do sera do poważnych karpi, a przede wszystkim, o każdej porze dnia i nocy gotów knuć intrygi przeciwko alfie ławicy i jej oddanym przyjaciołom. Dzielnego wojskowego wizja ta pochłonęła w całości, dopóki nie ujrzał rzeczonego z małym krabem w płetwach, śpieszącego przez Kwiecisty Przesmyk wprost do zatoczki, płynąc niezbyt płynnie. Wielkie było zdumienie Feliksa, gdy zdał sobie sprawę, że to właśnie za nim gonią. Opalizująco błękitny karpik był niewielki, okrąglutki tak, że dwa razy trzeba się było przyjrzeć, zanim z pewnością rzekło się, z której strony jest przód, a gdy już się go odnalazło, napotkało się drobny pyszczek i równie okrąglutkie, wesołe ślepka, z pasją wpatrujące się w wielki świat.

– Dareliuszu. Nasz niezawodny nauczycielu zoologii. - Akhifer zwróciła się do niego niczym zawodowy detektyw. - Potrzebujemy twojej pomocy w pewnej sprawie.

– W czym rzecz, kochani? - Na bezpośredniość nauczyciela Feliks prychnął w duchu.

– Potrzebujemy wiedzieć, jakie zwierzęta przyciąga... nowy nawóz, którego używa ogrodnik Paul. Zawiera kruszone kości i ości.

– Niezmiernie interesujące! - Dareliusz z ekscytacją podpłynął do góry, jakby próbował podskoczyć radośnie. Upuścił krabika, którego do tej pory trzymał w swoich cieplutkich objęciach i zakręcił się jak fryga. - Zaraz, zaraz. Chodźcie za mną. Przekonamy się.

Akhifer i Feliks popatrzyli po sobie, łowiąc swoje spojrzenia niemal odruchowo. Coś im mówiło, że za słowami nauczyciela może stać dokładnie to, co podpowiada im bujna wyobraźnia.

31 sierpnia 2024

Od Feliksa i Akhifer — "Rubinowe prądy" cz.1

Ilość słów Akhifer: 752
Ilość słów Feliksa: 808

Tego dnia Akhifer tradycyjnie była zajęta swoimi obowiązkami alfy, pływając to tu, to tam, czasem przypominając sobie również o obowiązkach kapitana, gdy podpłynął do niej jakiś strażnik lub rybka z odpowiednią sprawą. Ku miłemu zaskoczeniu karpicy, problemów wcale nie było tak dużo, żadna grupka jej nie opływała ze wszystkich stron, żaden natrętny starzec nie wypominał jej, jak źle sobie radzi. Tak, to był zaskakująco spokojny dzień.

I oczywiście dzień ten musiał zostać zniszczony, bo przecież alfie za żadne skarby nie wolno odpoczywać.

Samo pojawienie się czerwonego karpia nie było problemem, ale jego zmartwiony wyraz pyska i duża prędkość były wystarczającym dowodem, że coś jest nie tak. Ferka wiedziała, że tego szeregowego nie można było tak łatwo poruszyć.

– O co chodzi, Feliks?

– Alfo! Alfo... - Feliks w szaleńczym pędzie nie tracił ducha, ale tracił dech. Zwolnił dopiero gdy Akhifer została lekko pchnięta przez fale, które wzbudził.

– No? Feliks? - Akhifer pośpieszyła go łagodnie. Na sam dźwięk jej słodkiego głosu pod karpiem ugięły się płetwy.

– Mam kłopot. W naszych wodach pływa coś dziwnego!

– Och cóż takiego?

– Demoniczna... płaszczka.

Co miał jej powiedzieć? Że demoniczna płaszczka wpadła na niego dziś rano, ukradła jedną z jego lśniących łusek, zaśmiała się histerycznie i znikła w odmętach Kanionu Zapomnianych Dusz? Dobre sobie.

Chociaż w sumie, chwileczkę. Dobre!

– Czy jesteś pewien, że to nie przywi...

– Wpadła na mnie dziś rano, ukradła jedną z moich lśniących łusek, zaśmiała się histerycznie i znikła w odmętach Kanionu Zapomnianych Dusz!

– Pokaż tę brakującą łuskę - odparła Akhifer z powątpiewaniem. Pozostała niewzruszona, co jeszcze bardziej zaimponowało jarzębinołuskiemu żołnierzowi.

– Niestety - zniżył głos, po czym zrobił dramatuczną przerwę. - Nie mam jej. Została mi odebrana.

Alfa dotknęła czoła otwartą płetwą w zupełnie niezrozumianym dla Feliksa geście.

– Wiem że jej nie masz. Miejsce po niej.

– No cóż. - Karp speszył się i z pewnością przełknąłby ślinę, gdyby tylko był w stanie. Ale nie był, toteż tylko odwrócił się do alfy płetwą ogonową, którą uniósł prawie na wysokość oczu rozmówczyni.

3 czerwca 2024

Od Feliksa – „Ranyjulek” (Opowiadanie konkursowe)

Była już ciemna noc, gdy Feliks wyruszył na swoją zwyczajną, nocną wędrówkę.

Chłodne prądy muskały wierzch jego łusek, wygładzając je jeszcze bardziej, od czystego błysku do diamentowego lśnienia. Rybek był niezwykle dumny ze swoich zgrabnych, czerwonych pokrywek, choć wiele o tym nie mówił. Jak łatwo się domyślić każdemu, kto chociaż trochę zna wielkiego Feliksa, działo się tak nie dlatego, że mówić nie potrafił, bowiem gdy tylko chciał, nawijał jak najęty, choć - fakt! - głównie w myślach, za sprawą jego bogatych pokładów ogromnej, wewnętrznej skromności. Słysząc więc liczne komplementy od widm świetlistych i wodorostów, tylko rumienił się w duchu i speszony odwracał swoją nieruchomą głowę, razem z całą resztą śliskiego ciała. A potem zmieniał kierunek, w którym płynął, aby nie dać po swoim zachowaniu poznać, że, co następuje: wcale nie zakłopotał się właśnie, a ma po prostu jakiś kolejny, ważny cel, od którego osiągnięcia zależy przyszłość zbiornika. W rzeczywistości często po prostu włóczył się podwodnymi wąwozami, rozmyślając o rzeczach istotnych i, sporadycznie, nieistotnych.

Pewnego dnia, gdy znów usłyszał gdzieś z boku niewybredne „Feliks, co ty robisz z płetwami, że wyglądają jak przejechane kosiarką?”, po prostu uśmiechnął się grzecznie i zamanewrował ogonem, by zakręcić się wokół własnej osi niczym wesoły bączek i dostrzec w oddali tawernę, zanurzoną w mroku ścian Kanionu Zapomnianych Dusz. Bez namysłu skierował się ku niej. Zachęcające błyski i bulgoty krzyczały do niego o okazji, której absolutnie nie można przegapić.

- Ranyjulek, Feliks, stary druhu! - Zaśmiał się ktoś gromko, uderzając płetwą w grzbiet rybiego wojownika. Ten naburmuszył się, ale gdy tylko rozpoznał w tajemniczym napastniku miejscowego księdza, w wirze beztroski rozłożył własne płetwy na pełną szerokość, by móc czym prędzej go uściskać.

- Brae, ty stary grzybie! Co cię sprowadza w progi tego zapomnianego przez alfę i ryby miejsca?

- Pewnie zauważyłeś, że całkiem tu dziś tłoczno. - Tenebrae podrapał się po głowie. - Ale, ale. Mnie sprowadza misja.

- Przyszedłeś nawracać grzeszne ryby? Nie zrobisz smoków z gekonów, przyjacielu.

- Nie w tym rzecz! - zaprzeczył niecierpliwie Jitong. - Chodzą słuchy, że zbuntowane bractwo szykuje zamach na alfę.

- Nie może być! - wykrzyknął Feliks, lecz gdy tylko kilka ryb spośród tłumu obrzuciło ich wścibskimi spojrzeniami, zniżył głosik aż do szeptu. - Kogo trzeba wymazać?

- Wchodzisz w to?

- Chyba nie myślisz, że zawaham się choć przez chwilę, gdy idzie o życie naszej drogiej Akhifer!

- Z nieba mi spadłeś, brachu! - Jitong wzniósł swe drżące płetwy rzeczywiście ku niebu, ale jego westchnienia z pewnością nie przebiły się przez skalne ściany. - Niechże ci postawię łyczek nalewki z koralowca!

- Ale, ale: tylko, jeśli napijesz się ze mną.

Więc napili się obaj, tak jak to starzy przyjaciele. Śmiali się i tańczyli z weloniastymi dziewczętami. Gwizdali, klęli, pohukiwali, brali dolewki i nawet nie zauważyli, że, zgodnie z naturalnym prawem dyfuzji, nalewka pływała już wszędzie obok nich. Niebawem tańczyć zaczęli nie tylko wszyscy inni goście tawerny, ale i sama oberżystka oraz jej pomocnicy. Tylko senny małż, który siedział przy barze, zamknął się w swojej muszli na cztery spusty.

- Ej, wy! - Zza ich grzbietów huknął nagle tubalny głos. - To ty jesteś Ranyjulek? - Ciężka płetwa spadła na kark Tenebrae'go.

30 kwietnia 2024

Od Feliksa – "Wojownik Nowej Ziemi" cz.2

Wysłuchaj mój chłopcze,
Albo nie wiem, dziewczynko,
Opowieści o krainie niezwykłej,
Gdzie karpie koi żyją... niezbyt szybko.

Gdzie w świetlistej rzeczywistości,
Wód odbijających słoneczne promienie,
Obmywających trupów ości,
Strumienie płyną w dzikim polonezie.

Tam koi toną w barwach, jak marzeń malowidło,
Oklaskują ogonami występy morskich traw,
Czasem leją krew bordową jak powidło,
Gdy w bójce dochodzą swoich ważnych spraw.

W tych wodach życie to taniec, harmonia i miłość,
Koi jak akwarele, pływają urokliwie.
Żadnych tajemnic nie skrywa ich zawiłość,
No, może kilka.

29 lutego 2024

Od Feliksa - "Wojownik Nowej Ziemi" cz.1

Czego rybie do szczęścia potrzeba,
Gdy pływanie w kółko trochę już się znudzi?
Czy odpowiedzią może być strzelba?
Tak się przynajmniej całe życie łudzi.

Wokół niej góry podwodne i doliny,
A ta najgłębsza w sercu samym woła,
Że bezpowrotnie mijają godziny,
A doba spędzona na nędznych mozołach.

Patrzy więc ryba w jedną stronę, w drugą,
Przewraca pustymi z bezsensu oczyma,
A sprawy banalne zakłóca pytanie:
Co ją w ogóle na tym świecie trzyma?

I skwierczy i skrzeczy, i pływa i płacze,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bu... A nie, to nie tu.
Tak czy inaczej ciężko jej strasznie,
Jakoby nie mogła obudzić się ze snu.

2 stycznia 2024

Od Akhifer CD. Feliksa - "Wszyscy kochają Akhifer" cz.14

Nowa ławica była... spokojniejsza? Nie, to nie było słowo, którego szukała Akhifer. Bardziej pokojowa być może, choć karpica dalej miała wrażenie, że nie było to poprawne określenie. Z jednej strony nic się nie zmieniło, wszyscy śmiali się tak, jak dawniej, organizowali po staremu spotkania, opowiadali o planach na przyszłość. Z drugiej, wszystko było przecież inne. Mieszkali teraz nie w bezimiennym Zbiorniku, a w Lazurowym Jeziorze, miejscu jeszcze bardziej urokliwym i atrakcyjnym niż to, w którym dorastała. Wielu z osób, które były jej znajome i które widywała właściwie co drugi dzień, znikło z jej życia prawdopodobnie bezpowrotnie. No i najważniejsze dla niemal całej społeczności nowej ławicy, została ponownie alfą. Już nie była tylko admirałem... Ha, nie była nawet admirałem, bo w nowej ławicy kwalifikacja ta została nazwana kapitanem. Teraz Akhifer była kapitanem i alfą. Alfa Kapitan Akhifer. Jeszcze w starej ławicy wizja takiego tytułu była dla niej przerażająca, teraz, mając u swojego boku doradców, potrafiła jakoś z tym żyć.

W dni, kiedy nie szykowało się nic ważnego, żadne spotkania ani przemowy, Ferka budziła się rano wypoczęta, jadła na spokojnie śniadanie i dopiero wtedy zaczynała myśleć o swoich obowiązkach. Gdy tylko wpływała do biura, czekał na nią raport i lista rzeczy do zrobienia, oba pilnowane przez doradcę, który pomagał jej do końca swojej zmiany. Potem doradcy się zmieniali, ale gdy potrzebowała większej ilości zdań różnych od jej, wystarczył jeden ruch płetwą, by zwołać wszystkich z powrotem. To oddanie podnosiło Akhifer na duchu bardziej, niż jakiekolwiek wypowiedziane przez kogokolwiek słowa. Teraz już rozumiała, dlaczego Vivierith tak świetnie sobie radziła jako alfa, przynajmniej jeśli chodziło o podejmowanie decyzji. Pani kapitan nikomu nie miała odwagi się przyznać, ale kiedy dopełniała obowiązków alfy, w głowie za swój wzór kładła swojego przeszłego wroga. Może nie podejmowała decyzji tak, jak zrobiłaby to Vivierith, jednak wizja fioletowej karpicy postawionej przed podobnymi wyborami i radzącej sobie świetnie w tym zakresie dodawały Ferce otuchy.

24 grudnia 2023

Od Feliksa CD. Akhifer - "Wszyscy kochają Akhifer" cz.13

W małej, spokojnej zbiornikowej społeczności, w falistej rzeczywistości, wśród przyjaciół parzących się krążkopławami i wrogów pływających do góry brzuchem, żył sobie beztrosko szeregowiec Feliks. Zawsze zdrów, wesół, gotów nieść pomoc słabszym i potrzebującym, ot, cały Feliks. Był bardzo szanowany przez pozostałe ryby, zarówno młode jak i stare, za swoją odwagę i poświęcenie dla dobra wspólnoty. Pewnego dnia, kiedy słońce przyjemnie grzało wodę, Feliks postanowił odpocząć w cieniu wodnej roślinności. Zawisł w wodzie pod starym wodorostem o drżących częściach liściokształtnych, które zdawały się opowiadać historie minionych lat. Nagle zza kępy roślinności wyłoniła się alfa. To znaczy, admirał. To znaczy alfa okrutnie zniesiona z tronu przez złe karpie, targnięta ku przepaści przez ciemne siły, która jednak niczym Feliks, tfu, feniks z popiołów odrodziła się jako (póki co) wzorowy obywatel. A na imię jej było Akhifer. Jej łuski iskrzyły złotem, a oczy błyszczały niczym gwiazdy. Znana była to istota w całej społeczności, jako ryba o wyjątkowym uroku i sprytnej naturze. Gdy Feliks spojrzał na nią, serce jego zabrzmiało głośniej, a płetwy zdawały się poruszać zgodnie z rytmem muzyki, rytmem iście dzikim, jak polonez z Pana Tadeusza lub szalona poleczka z Opoczna.

Zaczęła rozmawiać z nim o życiu, o przygodach i marzeniach. Historie Akhifer przyprawiały go o śmiech i zamyślenie nad sensem żywota, a jej perlisty głos stał się mu cenniejszy niż najdroższe wytwory małży. Stopniowo zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu razem, dzielili się radościami i troskami.

Jednak los chciał, że społeczność karpi była pod opieką Jitonga, Tenebrae. Ten szlachetny karp pełnił rolę duchowego przewodnika, udzielając rady i sprawując ceremonie rodzinne. A przynajmniej tak się Feliksowi zdawało, nie miał bowiem lepszego pomysłu na to, do czego mógłby przydać się światu tak bezużyteczny skąposzczet. Kiedy Jitong dowiedział się o uczuciach, budzących się do życia między Akhifer a Feliksem, postanowił podjąć interwencję.

Karp ksiądz Tenebrae zorganizował spotkanie z Feliksem, wyrażając swoje obawy dotyczące potencjalnego związku. Próbował przekonać Feliksa, że powinien on skupić się na swoich szeregowczych obowiązkach, a uczucia do Akhifer bezwzględnie stłumić. Tenebrae przedstawiał argumenty zgodne z tradycją zbiornikowej społeczności, próbując przekonać Feliksa, że jego miłość jest nieakceptowalna.

Jednak Feliks, mimo bezsprzecznego szacunku do Jitonga, nie mógł zlekceważyć głosu swojego serca. Postanowił bez względu na wszystko stanąć w obronie swojej miłości do Akhifer. Wspólnie zdecydowali, że będą się wzajemnie wspierać i troszczyć o swoje uczucia, niezależnie od tradycji czy społecznych oczekiwań.

Historia Feliksa i Akhifer stała się jedną z tych, które przekazywano z pokolenia na pokolenie, ukazując, że miłość nie zna granic, nawet w świecie karpi. Surowy Jitong Tenebrae z czasem zaczął rozumieć, że miłość, przyjaźń oraz okazywanie wsparcia innym są wartościami równie ważnymi co tradycja i zasady społeczne. Zbiornik zaczął otwierać się na różnorodność, ucząc się tolerancji i akceptacji od swoich bohaterów, Feliksa i Akhifer.


- Feliks!

Karp ziewnął, zamruczał, przetarł oczęta płetwami i rozejrzał się w poszukiwaniu tego, kto zakłócił jego spokój. To tylko stara znajoma, Akahita.

- Czegooo!

- Wstawaj w końcu, cały dzień prześpisz! - Z oddali zamachała płetwą. - Akurat przepływałam, pomyślałam, że zerknę czy jesteś w domu, ale pewnie ty już dawno w pracy, a tu taki klops!

Czerwony karp otrząsnął się z resztek snu i wypłynął na spotkanie przyjaciółki.

- Oj drzesz się niepotrzebnie... miałem taki piękny sen. Wiesz, Akhifer rozmawiała ze mną ostatnio.

- I co mówiła?

- Eee... - Szeregowy nieśmiało złączył płetwy. Wolałby opowiedzieć coś zupełnie innego, ale wreszcie rzucił tylko - o tym całym... Jitongu, Tenebrae mówiła. Że to podobno straszny łajza. Przez niego plotkują o mnie w całym Zbiorniku!

< Tenebrae? Akhifer? >

(seria "Wszyscy kochają Akhifer" zostanie przeniesiona do nowej ławicy)

19 czerwca 2023

Od Tenebrae'a CD. Feliksa - "Wszyscy kochają Akhifer" cz.10

Podobno istniał ogień — był czerwoną masą, kotłującą się i miotającą we wszystkie strony, pragnącą pożreć wszystko na swojej drodze. Płomienie, zwały się jego macki, które siały zniszczenie i pozostawiały po sobie czarny pył, „przypominający plankton” — jak to powiedziała mu kiedyś Vi — „tylko że nie przynoszący nikomu pożytku a jedynie stanowiący trupy niegdyś przydatnych przedmiotów”. Podobno istniał ogień — który oprócz zniszczenia siał także ciepło i spokój, który przytulał stworzenia i zapewniał o ich bezpieczeństwu, kiedy te były gotowe mu się oddać. A trawił on nie tylko to, co było dobre, a także niszczył zło. Podobno był zmienny, ale był w jakimś stopniu obiektywny. Podobno też przypominał Feliksa, ale to było jedynie luźną, spontaniczną myślą Brae’go. Myśl ta była fałszywa, albowiem Feliks nie był obiektywny, a prawdę wyznaczała jego przywódczyni.

Myśl ta przez jedną chwilę sprawiła, że poczuł jakiś „płomień”. Nienawiści, rzecz jasna. Nienawiści do ludzi, którzy nie używają własnych rozumów i ślepo podążają za rozkazami innych.

Z jakiegoś powodu nie potrafił rozmawiać z nikim. Był Jitongiem, a zdawało mu się, że najwyższe siły już prędzej zrezygnowałyby ze swoich boskich stanowisk, niżby zgodziły się na faktyczną rozmowę. Informacje przecież Tenebrae potrafił przyjmować, gorzej szło mu ich udzielanie. Gdyby tylko zdołał z nim [Feliksem] porozmawiać, po rybiemu, kulturalnie, może powiedziałby mu coś interesującego. Coś o sobie. Swoim życiu, swojej okropnie żałosnej historii, o jego własnej głupocie i ślepemu zaufaniu wobec innych. Podobnie jak Akhifer dla niego, dla niego Vi była drogowskazem. A potem okazało się, że ona też popełniała błędy i też pozostawiła mu parę nieprzyjemnych niespodzianek. Jitong począł rozważać, czy jego rywal też dostanie coś niechcianego w spadku. Jakiś żal, jakieś poczucie niespełnionej obietnicy, opuszczenia i braku czegoś więcej niż przyjaźni. Braku przewodnictwa — szybko dopowiedział sobie — braku dobrego przykładu.

Może gdyby nareszcie się odezwał, dałby mu powody do odczuwania sympatii w jego kierunku. Usprawiedliwiał tę chęć jedynie zmęczeniem ciągłym konfliktem. Brae po prostu sam chciał zaznać spokoju płomieni w swoim sercu, gdyby mógłby pozostawić niezgodność za sobą. Oczywiście! O co innego mogłoby chodzić? Nic nie przychodziło mu do głowy! To musi być jedyny rozsądny powód. Tfu, jedyny prawdziwy powód. Ale z jakiegoś (nie mniej mądrego) powodu jego ograniczony umysł szukał innych usprawiedliwień, innych możliwości, innych dróg.

— A nie moglibyśmy raz w życiu zająć się sobą? Ciągle ganiamy za Akhifer. Przecież nie jest aż tak interesującą osobą — mruknął w ostatnim przypływie odwagi, a może wręcz strachu na myśl konfrontacji z koi. Wolał spędzić tysiąc samotnych dni na wodorostowej kawie z Feliksem niż na jednej godzinie z Akhifer w czyimś towarzystwie. Jego płetwy zafalowały w przypływie irytacji.

Czy posiada w sobie tylko negatywne emocje?

Nie, chyba po prostu Feliks budzi w nim takie uczucia.

Wywołana w myślach ryba zaczęła obwoływać go nicponiem, twierdzić, że Alfa jest najbardziej interesującą rybą w całym zbiorniku i poza nim, a jeżeli on tego nie widzi to coś tam… Coś tam, coś tam… Bla, bla, bla…

Jego logiczne myślenie (wróć: jego nielogiczne też) wyłączało się, jak tylko usłyszał słowo „Akhifer”. A jak usłyszał je w kombinacji ze słowem „pani”, padały wszystkie pozostałe trybiki w jego mózgu.

<Akhifer, Feliks?>

14 kwietnia 2023

Od Feliksa CD. Tenebrae'a - "Wszyscy kochają Akhifer" cz.9

Wszyscy kochają Akhifer.

Było to nie tylko jasne. Było to, od alfy do omegi, więcej niż istnie nirwanicznym stanem rzeczy; dla Feliksa ustalało to najwyższy kosmiczny porządek wszechrzeczy, rozciągający się przez wody Zbiornika po szerokie horyzonty, niczym nić o dwóch końcach po dwóch stronach świata znanego, a być może i nieznanego małym rybkom.

Ten porządek ktoś usiłował właśnie zaburzyć. Nic chyba dziwnego, że mężny Feliks postanowił zawisnąć mu na drodze! Do kulawej małży, jest to wszak powinność żołnierza, wiszenie o jedyne pewne dobro, o sprawę Waszą i naszą, a takie łaskawa Opatrzność czyni niepokonanymi.

- To ty się zamknij - powiedział więc, naraz czując w sobie niezwykły przypływ sił witalnych. Tak, tak, oto trafił w samo sedno. Wyłożył niesfornej fioletowej ości porządną lekcję o życiu i śmierci, lecz jeśli nie zostałaby ona zrozumiana, czego jak najbardziej spodziewał się bystry Feliks po doprawdy nierozgarniętym Tenebraem, żołnierz miał w zapasie jeszcze więcej makiawelicznego idiolektu. Już tylko od oponenta zależało, czy niefrasobliwie postanowi ściągnąć na siebie grad bezlitosnych strof.

- Feliks, rozumiem, że nie potrafisz zawrzeć pyska, a czy jest cokolwiek, co potrafisz zrobić?

- Wytrzymać z tobą.

Tylko szum dwóch płynących obok siebie, karpich ogonów, które burzyły spokojną wódę, począł rozlegać się wokół.

- No wreszcie, o to chodziło - mruknął Tenebrae, nie robiąc nic by podtrzymać rozmowę. Czy więc musiał się ugiąć, by osiągnąć swój cel? Wyśmienita, czerwona łuska Feliksa, zalśniła niczym zbroja błędnego rycerza, gdy rzucił wzrokiem na jitonga, starając się pojąć jak podstępnym, zwyrodniałym i czarnym musi być umysł, w którym są w stanie zrodzić się równie faryzeuszowe plany. Choć trwało milczenie, Feliks w mig przypomniał sobie, z jakiej przyczyny tak znieść nie może wszego cechu parającego się obcowaniem ze światem niematerialnym. Nie ufał takim.

Jeszcze raz, przelotnie spojrzał w stronę towarzysza, ale nie otrzymał już ni żadnej odpowiedzi, ni znaku.

Niczym podwojony grom pierwszej wiosennej burzy, wpadły dwa karpie w skalistą przełęcz, w której, jak twierdzili mijani po drodze przepływnie, można było o tej porze spotkać potężną władczynię, Akhifer. Oto, jak prorok i rycerz, w doskonałym konsensusie, warkocz podwodnych fal rozplatając w pasma omywające ich dostojne ciała, gotowi chronić tego, co najwyższe.

<Akhifer? Brae?>

6 stycznia 2023

Od Feliksa - "Wojownik Ziemi Utraconej", cz. 8

Zastrzelę go jak psa, Brae sukiego syna!

Zapytacie pewnie, co też pokierowało

Tym mężnym bohaterem, by zakrzyknął śmiało

Słowa, tak rozsądne, a przy tym tak chwytliwe

Powiem szczerze, Moim Mili, nie wiem zupełnie

Czy to zresztą ważne? Gdybyście wszak słuchali

Uważnie, niczym odgłosu rosnącej trawy

Morskiej rzecz jasna, nie usłyszelibyście nic

Bowiem Feliks, dostojny bratek kędzierzawy

Powiedział to jedynie w duchu, po kielichu

Dodając przy tym prędko: Ach, gdybym tylko miał...

Kałasznikowa, och, och tak, Kałasznikowa

Tylko to się liczy w miernym świecie drzew i hub

Śliskich jak mydło płetw i ciężkich, rybich dup

Co by tylko siedziały w pałacach z korala

Popijały wodę i zajadały plankton

Albo suchy chleb rzucony im przez rybaków

Co to za życie, pytam?! Co za straszny czas?!

Wróćmy do rzeczy i zapytajmy o przyszłość

Małą, dzielną rybkę, która to chce zmienić świat

Rybko, mała rybko, czemuż ty jesteś rybką?

Czemuś ty smutna, czemu oczka Twoje puste,

A twe kroki ku zagładzie tak zamaszyste

Poderwij zakosa, rozczłamże siwowąsa

Bo trza obudzić się z marazmu ultraszybko

Odważna, lecz słaba, szybka, lecz śliska, rybko.

Nim wybuchnie wegetacja roślinna, a słoń

Swoimi promieniami ogrzeje Wasz Zbiornik

Nadejdzie wojownik, u boku swego dzierżąc

Własnymi płetwami, zdobyty, utrzymany

Kałasznikow, Kałasznikow, Kałasznikow... hej!

<CDN>

26 grudnia 2022

Od Akahity CD. Feliksa - "Smutne jest życie karpia"

Zima to taka parszywa pora roku dla ryb w Zbiorniku. Zimno aż czuć po łuskach. Mróz wdziera się nawet między kropelki wody położone głęboko pod powierzchnią. Światła nie ma za wiele, a kiedy jest zostaje hardo przytłumione przez grube warstwy lodu położone na tafli przez parszywą panią tego kabaretu. A na to wszystko słodka kołderka ułożona z łez opadających z nieba, zamarzłych w locie i tańczących na wietrze w postaci białego zwiewnego puszku. A kiedy można byłoby zajrzeć na powierzchnię, wychylić głowę ponad chłód wody ku zimnemu powietrzu, dało się tylko kiedy ludzie odchodzili od przerębli i nie straszyli już swoimi wędkami i sieciami. Niektórzy pasjonaci nawet nocą nie dawali biednej rybie spokoju. Zwłaszcza, że ich ciężkie kroki odbijały się echem pośród spokojnej wody. 

O właśnie. To była chyba jedyna zaleta zimy. Wiatr nie smagał zmęczonej tafli swoją siłą. Ryby nie musiały słuchać nieustannego plusku. Ale na tym to wszystko się urywa, pozostawiając same wady. 

Dlaczego zima jest zła spytacie? Otóż marzniesz. Jedzenia jest coraz mniej, a jak jest to ciężko je zdobyć. Wszyscy pływają ze zwieszonymi płetwami. Ciągle każdemu chce się spać. Brak światła doprowadza do kompletnego smutku i żałości, zwłaszcza że do tafli nie podpłyniesz, bo lód emituje silnym zimnem. No i jak tu żyć?!

Akahita właśnie się nad tym zastanawiała. Jej płetwy powoli przesuwały wodę płynąc gdzie tylko delikatny nurt ją kierował. Zmęczone oczy uważnie obserwowały świat, chociaż większą ochotę miały na zamknięcie się. Przez myśl przebiegły nawet słowa, że i na zawsze. Chociaż w głębi serca siedziała nadzieja, pamięć, że to tylko jeden sezon w roku. Potem będzie już tylko lepiej, wrócą do lata i będzie cudownie! 

Rozejrzała się leniwie. Jej sercu, tak towarzyskiemu, pomimo częstego stronienia od innych, brakowało żywej duszy do otworzenia gęby i zamienienia choćby mało znaczącego słowa. Jej westchnięcia irytowały już nawet marne glony bujające się przy dnie, obskubane do resztek własnego życia. Wszystko było takie ponure, czy to tylko samicy się zdawało przez pryzmat własnego samopoczucia. 

Dlatego pospieszała się sama w myślach aby odnaleźć kogoś i nie popaść w ten stan znużenia całkowicie. Może nóż widelec znajdzie się ktoś kogo słowa odrobinę rybę na duchu podniosą. No i się trafił. Podpłynęła bliżej. Zamienili parę słów, chociaż to bardziej ona te słowa wymieniała. 

Znaleźli się pośród smutnej przestrzeni wody. Oboje w tym samym ponurym nastroju, chociaż Akahia rzucała kapryśnym uśmiechem, niezbyt szerokim jak na jej umiejętności. Wyraźnie było czuć, że im obu niechętnie do życia tej zimy i gdyby mogli to sen zimowy byłby ratunkiem lepszym niż udręką w tym Zbiorniku. 

—Oj tam. Będzie dobrze. — padło z jego ust w końcu. Marne pocieszenie, ale Akahicie wystarczyło. Uniosła kącik wargi, o ile takową miała, do góry. Druga osoba u boku była w końcu dla niej zbawieniem, nie ważne jak sztywno płynąca. 

—Dobrze czy niedobrze, zima zaraz się skończy, nie? Jeszcze tylko ostatnia prosta. — odetchnęła. Jej ciało płynnie zrobiło mały obrót przez chwilę wisząc do góry brzuchem. Akrobacje zawsze byłby mile widzane przez innych, kto wie. Ruch to też zdrowie, a zdrowie to radość, więc może dlatego na triki patrzyło się tak przyjemnie. — A powiedz mi. Zawsze się tak szeroko uśmiechasz do nieznajomych?— zagadnęła puszczając mu oczko. No lepiej się jej robiło, nawet od tak nieśmiałej rozmowy. Ryba obok jej boku uśmiechnęła się mimowolnie. 

—No nie zawsze, ale to miło tak. Zwłaszcza o tej porze roku. —

—Parszywa ta zima tym razem, prawda. Ale … patrz. — wskazała na haczyk wiszący bezwiednie w otchłani. — Próbują polować na nasza skórę. Bawiłeś się kiedyś z nimi?— zagadnęła dziarsko. Feliks pokręcił głową, pewnie zdezorientowany jej pomysłem.  —Wprawianie ich w złość zawsze poprawia mi humor. Chodź. — machnęła na niego płetwą i popłynęła. 

—To nie jest przypadkiem niebezpieczne? — 

—No jest, o ile nie umie się tego robić i nie jest się ostrożnym. No i oczywiście… dodatkowo jest zabawne. Ich dźwięki zwłaszcza! — mruknęła Akahita i pociągnęła szybko za haczyk. Ten pomknął w górę, a stamtąd wydobyło się głośne stuknięcie. Samiczka podpłynęła do dna i odnalazła kawałek pozostałości po glonie. Długi rdzeń jego nadawał się idealnie jako sznurek, którym obwiązała średni kamyk. 

—Co zamierzasz z tym zrobić? — Feliks zaglądał jej na płetwy zaciekawiony. 

—Niech zarzucą wędkę ponownie to ci pokażę. — i tak tez się stało. Małe urządzenie do zabijania zanurzyło się ponownie, powoli opadając ku dnu. Akahita podpłynęła i powoli założyła kamień na wędkę, ponownie ciągnąc. Tym razem za szarą osobistość, aby przypadkiem nie zaplątać się w prowizoryczne wiązanie. Narzędzie znowu zniknęło. Ryby chwile czekały w milczeniu Az nie rozległy się przedziwne dźwięki step kania i krzyku frustracji. Akahita zachichotała, a Feliksowi udzieliło się od niej. Oboje chwilę śmiali się z tych durnych ludzi. Nie tak łatwo złapać Koi w tym jeziorze.

—Od razu lepiej nie? —

—Taaa…. —

<Koniec>


Od Feliksa - "Smutne jest życie karpia"

 Jakże smutne jest czasem rybkowe życie. Taki moment w roku przypada na sam koniec, jak przypada do gustu kawior kucharzowi lub jak szpadel przypada na łeb nieszczęsnego turysty w ciemnym zaułku z daleka od domu, w nieznanym kraju i na jakimś obcym kontynencie. Biedak nie zdąży nawet rozłożyć swojej mapy, by uciec przed napastnikiem, ani choćby w nędzny rulonik jej zwinąć, aby skutecznie przed napaścią się obronić. Ach, w istocie, żałosnym jest życie, smutnym bywa świat w Zbiorniku.

Tak smutnym była zima. Skute lodem powierzchnie zamykały w wielkich i małych wodach małe rybki, jak w więzieniu zamyka doniosły sędzia najpodlejszą szumowinę, wyrwaną uprzednio z rynsztoka ulicy i moralności, by naiwnie próbować oczyścić go z grzesznych pomyj. Co z tego, że nigdy żadna rybka nie opuściłaby więzienia, spytacie?

Coś nic nie słyszę. Pytacie? Nie pytacie? A, w takim razie nie powiem.

Skuta lodem rybka, której nawet chleba nie rzuci dobry człowiek znad jeziora (a jak rzuci to tylko w przeręblu wyłupanym w lodzie, by zaraz po tym zarzucić wędkę i zacząć zabijać!), płynie jeno przed siebie, przelewając swe cichutkie jestestwo przez płetwy, wolno, bezgłośnie, by żaden znak życia nie dotarł do wielkich, wodnych drapieżników, których może i nie ma w jeziorze, lecz mogłyby być, gdyby tylko ruszyły te swoje wielkie, leniwe tyłki, skurczyły się trochę i wyewoluowały by móc żyć w słodkowodnym środowisku.

Tak właśnie płynął Feliks, nie potrafiąc nawet zwiesić swojej sztywno osadzonej na kręgosłupie główki. Tak właśnie zastała go w podróży nieznajoma istotka. Gdy zaczęła płynąć obok niego, Feliks począł taksować ją posępnym spojrzeniem.

- Hej! Nie znam cię jeszcze. Kim jesteś, jeśli można wiedzieć? - zapytała rybka, na co Feliks tylko poruszył wąsem i burknął:

- Feliks.

- Aha. Nie spytasz, kim ja jestem? - zawołała.

- Nie.

- Nic nie szkodzi! Jestem Akahita - oświadczyła, widocznie dumna z siebie. - No, co nic nie mówisz?

Feliks chciał odpowiedzieć, że nic, jednak ponieważ był bardzo mądry, w porę zdał sobie sprawę, że nie dość, że powiedziałby wtedy coś, to jeszcze sparafrazowałby beztreściwy komentarz swojej nowej koleżanki. Milczał więc jak nadęty... tfu! Jak zaklęty, i podążał dalej swoją ścieżką.

A Akahita razem z nim.

Pewnie dlatego, niebawem usłyszał obok siebie teatralne westchnienie.

- Czego - mruknął.

- Chyba rozumiem. Rozumiem, wiesz? - Akahita pokiwała ciałkiem. Posłał jej grandilokwentnie zdumione spojrzenie. - Jest ci smutno.

- Mi jest smutno?

- Wyraźnie jest ci smutno.

- Mi nie jest smutno.

- Mi też jest smutno. To ta okropna pora roku i szarówka na każdym kroku.

- To ten. - Rybek chrząknął. nie miał pomysłu, jak mógłby pocieszyć towarzyszkę i, szczerze mówiąc, wcale nie chciał tego zrobić. Ale, jak wszyscy wiemy, Feliks był niezwykle prawym bohaterem i jego małe, rybkowe serduszko ugięło się pod naciskiem ciężaru, który spadł z ramion Akihity wprost na jego ościste ramiona. Jak spada... jak spadają ceny w warzywniaku po obfitych zbiorach i różne inne rzeczy na różne inne rzeczy; myślę, że już łapiecie.

- Oj tam, będzie dobrze - wymamrotał, ciesząc się, że pod jego bursztynowymi łuskami nie widać rumieńca nieśmiałości.

Nie miał pojęcia jak Akahita, ale on sam od razu poczuł się lepiej. Ba, od razu miał ochotę roześmiać się serdecznie, zerwać jakiś piękny kwiat i przystroić nim wrota swojego domu.


< Akahita? >

29 września 2022

Od Tenebrae'a CD. Feliksa - "Wszyscy kochają Akhifer" cz.6

Brae płynął obok Feliksa w kierunku kryształowni. To  — czyli kierunek wyprawy — był chyba jedyną rzeczą, o jaką nie mógł się z nim kłócić. Kryształy znajdowały się tylko w jednym miejscu.

Chociaż, kto wie, może znalazłby jakiś w ruinach świątyni? Błyskotki przecież wykorzystuje się do rozmaitych celów, a jitong mógł być pewny, że z pewnością jakiś amator przyzywania duchów zostawił tam niejeden amulet. 

Wspomnienie pracy przypomniało mu o jutrzejszym obowiązku nauczyciela pisma. Wiadomo, ktoś musi tym bachorom pokazać, jak przestać kreślić płetwami takie bazgroły, ale na myśl, że to on ma być tym kimś, zrobiło się mu słabo. Jego zmęczenie zwiększyło się o jakieś pięćdziesiąt procent a pomysł uprzykrzenia życia Feliksowi wydał się mniej piękny. Był pewien, że zaraz przepłynie mu przed oczyma całe życie, ale wtedy poczuł mocne szturchnięcie.

To Feliks uderzył go płetwą, i chociaż Brae w pierwszym odruchu zamierzał go zaatakować, to wyobraził sobie miny swoich uczniów, którzy w zdziwieniu obserwują ich niezdrowo spokojnego nauczyciela wdającego się w bójkę. Co powiedzieliby ich rodzice?

— Słuchasz mnie? Dotarliśmy na miejsce. Lepiej znajdź coś naprawdę dobrego — oznajmił koi, wprowadzając Tenebrae’go w jeszcze większe podenerwowanie, po czym wpłynął do środka. 

Brae teatralnie westchnął, na co dookoła wzburzyła się chmara bąbelków. Następnie jitong popłynął śladami towarzysza, uważnie rozglądając się na boki.

Kamyk, kamyk, kamyk. A teraz Feliks pokazuje (uwaga) kamyk, krzycząc: co sądzisz o nim? Gdyby bywał tu częściej to może by wiedział, że w jaskini echo roznosi się naprawdę dobrze i jeżeli nie chcesz przyprawić nikogo o zawał, lepiej nie podnoś głosu. 

— Może być. Ale preferowałbym jakiś bardziej wyjątkowy, bo po taki to moglibyśmy do zbieracza pójść — swoim najbardziej zdegustowanym głosem skomentował Brae.

Feliks zaproponował jeszcze kilka innych błyskotek, a jitong, prosząc bogów o dobre wczucie się w gust Akhifer, wybrał błękitno-biały.

Kiedy oboje wypłynęli z kryształowni, obskoczyła ich dwójka donosicieli. Jeden, koloru szarawego, wyglądał na zmęczoną życiem rybę, która najchętniej rozłożyłaby się na dnie zbiornika. Drugi, czerwono-różowy w coś przypominającego pręgi, wesoło pływał dookoła, a jego kolorowe oczy zachowywały się jeszcze bardziej dziko niż płetwy. Podczas gdy jego starszy towarzysz na widok płynącej dwójki od razu przybrał pewnie dystans, ten widocznie najchętniej przytuliłby się zarówno do Feliksa, jak i Brae (bardzo zniesmaczonego widokiem młodzika). 

— To ty jesteś tym, kto dokona morderstwa? — spytał się Feliksa, który zdecydowanie bardziej przypominał typ wojownika. Gdy ten pokręcił w proteście głową, donosiciel widocznie zamierzał zawrócić się do Brae. Przerwał mu jednak wyższy rangą zwiadowca. 

— Przyszliśmy zebrać informację i potwierdzić bądź obalić plotki, które ostatnio powstały — gdy mówił, utworzone bąbelki wydawały się tak ospałe jak on sam. — Podobno Pan Brae zamierza obalić naszą alfę, i skoro temat wzbudza zainteresowanie, powinniśmy się czegoś dowiedzieć — można było śmiało założyć, że starszy nie poświęca już swojej pracy żadnej pasji.

— Sprawą podobno ma zainteresować się wojsko! — młody się wydzierał. — Mówią, że sama alfa zamierza zgładzić Tenebrae’a!

<Feliks/Akhifer?>

3 sierpnia 2022

Od Feliksa - "Wojownik Ziemi Utraconej", cz. 7

Czym jest rybka w wielkim świecie, w jeziorze złota

To ledwie paproch wygrzebujący się z błota

Który macha płetwami i... macha płetwami

Odlicza smutne dni oraz bezsenne noce

Pracuje wytrwale, aby stać go było choć

na mandarynki lub jakieś inne owoce.

Czym jest jej istnienie, tej małej, biednej rybki?

Czy przez całe życie będzie przekładać z miejsca

na miejsce te głupie, wielobarwne kamyki

Czy też siedzieć na dupie wśród raf koralowych?

Nikt tego nie wie, nikt się nawet nie wypowie

A nasza rybka zostawiona sama sobie

Chęć do życia niczym drzewo, co służy hubie

Tylko stoi, płacze, przytwierdzona do ziemi.

Wszyscy, Kochani, jesteśmy tylko rybami

Dawno zapomnianymi przez Boga i czaple

Skazanymi na niemoc, na oślizłe płetwy

Bez kciuków, pazurów, w ogóle bez niczego

Uginającymi się pod gniewem lipnego

nurtu wciąż tej samej kurna jego mać wody

Pływając w kółko; to nigdy nie wyjdzie z mody.

Rybi umysł pragnie, czego rybi mózg skąpi

Choćby jednego, krótkiego palca chwytnego

By wreszcie dotknąć, by wreszcie poczuć, że może

Zedrzeć kajdany i wyrwać murom zęby krat

Chwycić niczym ramię wiernego przyjaciela

Smukłe trzymadło, Z dumą nabrać wody w skrzela

Unieść lufę i strzelić, krzycząc w niebogłosy:

Zastrzelę go jak psa, Brae sukiego syna!


C. D. N.

6 lipca 2022

Od Feliksa CD Tenebrae'a - "Wszyscy kochają Akhifer" cz. 5

Ów przedziwny jegomość, a na imię mu było... w sumie nie wiadomo jak, ruszył z Feliksem ramię w ramię, tfu, płetwa w płetwę, zupełnie jakby wcale nie było mu wstyd za rażący brak szacunku, jaki przed ledwie chwilą okazał większemu i mądrzejszemu koledze. Płynący obok niego wojownik sam zaczynał już gubić się w wymyślaniu coraz to bardziej wymyślnych epitetów, którymi mógłby określić podobne zachowanie i jego właściciela. Ponieważ jednak sownik Feliksa był wyjątkowo ubogi, rybek ten po prostu fuczał i pohukiwał w myślach, kierując swoje nieprzychylne myśli pod adresem tej niecnoty.

Był właśnie na tropie jednego z, przynajmniej jego zdaniem, lepszych wyzwisk i z lubością wyobrażał sobie, jak raczy nim niczego nieświadomego kompana, gdy nagle, spoglądając w bok, dostrzegł jego niewątpliwie szpetne oczęta, które w ułamku sekundy, niewinnie, zmierzyły go bez szczególnych emocji.

O nie, tego już dla Feliksa było zbyt wiele. Nie będzie go jakiś tam patałach oglądał jak przyjaciela, albo kawałek kamienia. Tak właśnie pomyślał Feliks, tuż przed tym, jak wyprężył się dumnie od czubka pyska do samego koniuszka ogona i ruszył do ataku (tym razem jednak, ponieważ był rybką niezwykle bystrą, gdy tylko mu się chciało, jedynie słownego ataku).

- Co się patrzysz, a zasadził ci ktoś kiedyś kopa w płetwę odbytową?!

- Nie prowokuj mnie, dobrze?! - odpowiedź nadeszła w mgnieniu oka.

- Jaaa? Ciebie? Sam się prowokujesz, jak ja cię sprowokuję, to się nie pozbierasz!

- Feliks, uspokój się! - wrzasnął mój rozmówca, a z jego pyszczka ku górze poszybowało kilka bąbelków powietrza.

- Nie pouczaj mnie. - Gdyby Feliks miał rząd kłów ostrych jak brzytwa, z pewnością by je teraz odsłonił. Pech! Nie miał nawet kałasznikowa, którym mógłby podziurawić uśmiech tego antypatycznego osobnika. Zaklął w duchu. - Dobrze, gdzie ta cała Kawa, Kawka, czy tam inna Herbatka? Załatwmy to szybko i nie zamienimy ze sobą już ani słowa.

- Na wprost. - Karp skinął pyskiem w stronę szerokiej ścieżki, wiodącej gdzieś naprzód i niknącej w szarobłękitnych, podwodnych mgłach, otoczonej przyprawiającymi o dreszcze skałami.

- Chodź, nie ma czasu do stracenia! - rzucił jeszcze raz mały żołnierz i od razu ruszył przed siebie, demonstrując towarzyszowi swoje niemożebne zniecierpliwienie.

< Eee, w sumie to nie jestem pewien... Akhifer? Tenebrae? >

27 kwietnia 2022

Od Feliksa - "Wojownik Ziemi Utraconej", cz. 6

- Ach! Jakie piękne pustkowie!

Trudne są rybkowe marzenia, nawet, gdy dana rybka wyobraża sobie coś zupełnie osiągalnego; nie nazywajmy tego przyziemnym tylko ze względu na... a zresztą. Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć, jak działa siła grawitacji i dlaczego kałuża zbiera się zawsze w dołku, a nigdy na pagórku. Woda, zazwyczaj, gdy ją widzimy, jest poniżej poziomu gruntu, o ile nie znajduje się na przykład w szklance. Wtedy jednak mówić możemy nie o marzeniach, bo zamknięte byłyby one w tak dramatycznie małym naczyniu, a o potrzebach życia codziennego. Prostych, żeby nie powiedzieć, prymitywnych.

A niekiedy w małych główkach roją się rzeczy niestworzone. Rybek płynie wtedy przed siebie, albowiem i tak nie bardzo ma inne wyjście - nie zatrzymuje się, nie zawraca i, niczym Lot uciekający z Sodomy, nie ogląda się za siebie, choć być może dlatego tylko, że nie ma szyi, która tylko przeszkadzałaby mu w wodzie - a w jego zgrabnej, opływowej czaszeczce pływają lotne myśli.

Są to myśli o dzisiaj i myśli o jutrze. Rybka myśli o przyszłości. O przyszłości, której nie dane jej będzie nigdy osiągnąć. O przyszłości, w której wychodzi z wody. O przyszłości, w której wznosi się ponad ziemię i wzbija w przestworza. O przyszłości, w której przebija się przez nieczułą warstwę atmosfery i raz na zawsze staje się kosmiczną rybką. Ach, płynie przez kosmos, przez wszechświat, płynie między gwiazdami! Otwiera pyszczek i przemawia! Snuje opowieść, śpiewa melodię szerokich przestrzeni, wojuje z czasem, staje się przeskutecznym oskarżycielem prawa fizyki, rozpuszcza stałe fizyczne oraz miażdży wszystkie formy energii i materii. Krzyczy na całe gardło!


Lecz Feliks nie krzyczał. Nie potrafił.

Nie był też kosmiczną rybką. Mieszkał w mulistym jeziorze, wśród skał i wodorostów. Był karpiem.

Był... Nie był... nikim. Tylko jedną z tysięcy takich samych rybek.

<C. D. N.>

16 lutego 2022

Od Akhifer CD. Feliksa - "Wszyscy kochają Akhifer" cz.3

Choć jak raz Ryuu dał, Akhifer mogła sobie nieco odpocząć od obowiązków. Nic się na obecną chwilę nie działo w Zbiorniku, wszystko toczyło się swoim tempem i swoim torem, nie wymagając ciągłego doglądania i poprawiania. Takie dni były wyjątkowo przyjemne, nawet jeśli ta przyjemność trwała tylko parę godzin. Mając takie stanowisko jak alfa, Ferka musiała cieszyć się każdą najmniejszą chwilą wolności - i można być pewnym, że robiła to z zawziętością polującego szczupaka. Pływała sobie bez jakiegokolwiek pośpiechu, unikała niby przypadkiem innych karpi, a przy okazji oglądała sobie, co też ciekawego wydarzyło się przez ten czas w zbiorniku. Tu się rozrosły rośliny, tam pojawiły się nowe schroniska dla bezdomnych ryb. Czy w tym miejscu zawsze był ten park? Chyba nie. Na pewno nie. Że też tak rzadko wychodziła na zewnątrz... Nawet chętnie by sobie z kimś porozmawiała, ale nie zamierzała do kogokolwiek się zbliżaj na dłużej niż jedną sekundę. Powód tego zachowania był banalnie, zadziwiająco prosty, jednak nie każdy potrafił do niego tak prosto dojść, więc może warto wypowiedzieć go na głos. Akhifer dobrze wiedziała, że prawie wszystkie karpie, jakie spotka, ominą temat o pogodzie oraz zmianach w sąsiedztwie i przejdą od razu do spraw alfy. Bo nie rozumieją, dlaczego alfa wzięła sobie wolne, skoro jest tyle roboty w Zbiorniku. Ale jak oni sobie biorą wolne, bo brzydzą się podnoszenia śmieci z piasku, to nikt im tego nie wypomina!

Biorąc pod uwagę taki scenariusz i ogólną niechęć do wszystkiego Ferki można z łatwością zrozumieć, czemu nie chciała w tak piękny dzień widywać się z innymi koi, choć jak raz Ryuu dał mogła sobie na to pozwolić, nie myśląc o pracy. Bo nawet jeśli ona o pracy nie myślała, oni ją do takiego myślenia zmuszą, a kto chciałby myśleć o czymś znienawidzonym w wolnym dniu? To wolny dzień! Dzień wolny od zmartwień i obowiązków.

Tylko nie wolny od losowych kłótni i sprzeczek, które tak łatwo pojawiają w ławicy, wyrastając jak glony po pierwszych upałach. Jak na złość jedna z takich sprzeczek odbywała się akurat w miejscu, które Akhifer chciała przepłynąć na swoim spacerze. Obie strony były tak skupione na walce, że jej kompletnie nie zauważyli, to była dobra okazja, by to zignorować i spływać. Ale niestety akurat tymi stronami byli Tenebrae i Feliks, dwa karpie, które darzono sporym szacunkiem (szczególnie Tenebrae'a ze względu na jego posadę Jitonga), więc tą bezsensowną walkę należało przerwać, o cokolwiek ona poszła.

Akhifer wpłynęła pomiędzy walczące samce, rozdzielając ich płetwami. Zupełnie jak dzieci! Aż dziw, że Szeregowy nie zbił po prostu zwykłego Jitonga na kwaśnie jabłko, ale może taki był zamiar. To pewnie była tylko taka męska bójka. Szkoda, że tak źle wygląda w oczach powszechnych rybek, które uważają te dwa osobniki za kogoś wartościowego.

Koi ledwo zdążyła krzyknąć do nich "stop", a Tenebrae zaczął się tłumaczyć. Że nic poważnego się nie stało, że ich obu tylko poniosło, że Jitong miał zły dzień, a ten czerwony karp pojawił się w złym miejscu o złym czasie, że i tak za sobą nie przepadają. Ferka co prawda dała mu się wygadać do końca, ale bardzo szybko wpadła na jedyny plan, który wydawał się mieć sens w tym wypadku. Na pewno się samcom nie spodoba, ale dzieci trzeba traktować po dziecięcemu i dawać im odpowiednie kary. Kłócące się dzieci muszą się pogodzić.

– Skoro aż tak się nie lubicie to trzeba na was chociaż wymusić wzajemny szacunek – odezwała się wreszcie, uciszając Brae'a płetwą. – Żebyście nie nadawali sobie złego imienia. Musicie się pogodzić. Zrobicie to sami czy mam wam pomóc?

– Nie ma mowy, że wyciągnę do niego płetwę. Nie tak samce ustalają sprawy. – Tenebrae okazał swoje znaczne niezadowolenie.

Smalce alfa na pewno nie, ale wy to się nawet na samce nie nadajecie, prędzej na samczyki, pomyślała złośliwie w duchu Strażniczka. Zauważyła, że Feliks niespecjalnie się udziela.

– Feliks? A ty?

– Co? – Pewnie wyrwała go z jakiegoś zamyślenia. No to fajny żołnierz, do licha. Nawet się skupić nie może.

– Pytałam cię o coś.

– Zgadzam się. Stanowczo się zgadzam, Akih... Masz rację, szefowo.

Och, czyżby? Nie można powiedzieć, że Akhifer była niezadowolona z takiego rozwoju spraw. Wręcz przeciwnie, choć irytacja się w niej wzbierała jak ropa w miejscu wbicia drzazgi, czuła pewną dozę radości, że będzie mogła wcielić w życie swój jakże genialny plan. Chłopcy pewnie ją za to zjadą, ale na tym poziomie mało ją to obchodziło. Widziała w nich tylko dzieci, które nie mogą zrobić nic poważnego alfie, nawet jak się jej będą trochę buntować.

- No dobrze... Zatem pozostaje mi tylko jedno wyjście. – Ferka ściągnęła irytację płetwą z czoła. – We dwójkę udacie się nad Kawę i RAZEM – na to słowo położyła ogromny nacisk – poszukacie i przyniesiecie do mnie duży kryształ. Ma być naprawdę duży, taki, że będziecie musieli go targać we dwójkę i ma być taki, żeby mi się podobał. Jeśli nie wypełnicie zadania ALBO jeśli na waszych ciałach znajdę choć jeden ślad po kolejnej bójce, zwiążę wasze ogony liną i zmuszę do wypłynięcia w górę Przedszkola, na płytkie rzeki. Mam nadzieję, że wyraziła się jasno.

Alfa miała ochotę się śmiać, tak szczerze, od serca. Dobrze wiedziała, że samce nie mają pojęcia, jakie kryształy lubi, a każdy z nich ma inne stanowisko w doborze prezentów dla kobiet. Jeśli uda im się dogadać i faktycznie przytaszczą do niej ogromny kryształ znad Kawy, będzie mogła wybaczyć im tą bójkę. Może nawet zdołają się dogadać na stałe i nauczą się siebie szanować. Albo staną się największymi wrogami. W tym wypadku zadba o to, by spędzali ze sobą jak najwięcej czasu... Może nawet zorganizuje im randkę dla żartu? Oj, chętnie zobaczyła by ich miny! Ale na to dopiero przyjdzie czas, trzeba poczekać, jak rozwiną się sprawy z wyprawą nad Kawę.

<Tenebrae?>

31 stycznia 2022

Od Feliksa CD Tenebrae'a - "Wszyscy kochają Akhifer" cz.2

Wiecie co?! Feliks nie zgadł ani razu. I trudno.

W rybkowym świecie, rybkowe sny, przekształcają się w piękne marzenia, a następnie ulatują jak bąbelki powietrza ku górze, spajają z błyszczącą taflą wody, wzbijają na jej powierzchni drobniusieńkie fale i rozpryskują się w ostatnim swoim tańcu, trwającym nie dłużej, niż ułamek sekundy. Takie marzenie ucieka z małej główki, przy akompaniamencie pobłażliwych westchnień wodorostów i potężnych, omszałych skał. A także ku olbrzymiemu zaskoczeniu właściciela owego niewinnego marzenia, zmieszanemu niesmacznie z żalem, czy też, ściślej ujmując, pewnego rodzaju poczuciem bycia głęboko pokrzywdzonym przez własną jaźń.

Minął już dobry miesiąc, odkąd nasz wojownik dotarł do nowego domu i poczuł się w nim... nieco inaczej, niż w każdym innym miejscu kiedykolwiek. Tak jakby, hm. Lepiej.

Feliks poruszał się szybkim, acz z lekka zygzakowatym ślizgiem, pozostawiając za sobą coraz większe połacie ziemi. Wyglądał przy tym jak ognisty, myśliwski pies, gwałtownie węszący coraz wyraźniejszy, coraz bliższy trop. Spokojnie: jak wiemy (jeśli nie jesteśmy akurat pół godziny po kolokwium, które uwaliło pół rocznika i nasze myśli nie wypłynęły po nim z głowy jak glutowate białko rozbitego jaja), oczywiście nie mogło być to prawdą. Feliks był tylko małym koi i jako taki nie miał zbyt wybujałego zmysłu powonienia. Można nawet powiedzieć więcej; oprócz okrągłych, pustych oczek i imponującej, choć z wierzchu niemal niewidocznej, linii bocznej, zmysły miał tak średnio wyostrzone.

Czego szukał? Szczęścia? Pieniędzy? Ciągu sukcesów zawodowych, które mogłyby doprowadzić go do zasłużonej emerytury oficerskiej w gronie rodziny, na działce w Bieszczadach? Otóż nie.

No ludzie, trochę ogarnięcia nie zawadzi. Czego mogła szukać ryba na dnie zbiornika? No żarcia. To jeśli już wszystko wiemy, możemy z satysfakcją spełnionego bajkosłuchacza poznać ciąg dalszy historii naszego małego wojownika. 

A zaczęło się to wszystko, gdy główka Feliksa znienacka zderzył się z czyimś bokiem. Niespodzianka najwyraźniej wytrąciła z uwagi zarówno Feliksa, jak i jego bezczelną przeszkodę, bowiem zanim dzielny komandos zdążył otworzyć pyszczek i na nią nakrzyczeć, dobiegły go rozsierdzone słowa o banalnie standardowym przekazie. Coś jak...

- Patrz, gdzie płyniesz! - Zanim echo ucichło, a Feliks naprawdę otworzył pyszczek, dogoniło je jeszcze - każde poruszenie płetwami może być twoim ostatnim, durny...

I tego już ów niepraktyczny głaz nie zdążył zakończyć.

Ciężka płetwa spadła prosto na jego krzywy... ryj? Och, istotnie, przeszkoda okazała się całkiem żywą rybą. I to rybą o niezbyt zachęcającej powierzchowności. Z jakiegoś powodu zachęciło go to do powtórzenia ciosu.

- Przestań, do cholery! - wrzasnął rybkosz truposz, wymachując częściami ciała kręgowców wodnych, stanowiącymi narząd służący do utrzymywania równowagi oraz regulowania prędkości i kierunku poruszania się w wodzie. Feliks z nieukontentowaniem stwierdził, że jego przeciwność nadal zachowuje się niefrasobliwie.

Jeszcze jeden wymach.

Tym razem jegomość odpowiedział tym samym, składając na czole Feliksa pocałunek śliskiej płetwy. Nasz bohater wzdrygnął się, ponawiając atak.

Wtem, obcy głos (czy zresztą głos przeciwnika był znajomy? Przez te kilka sekund zdążyli się już aż tak do siebie zbliżyć?) przedarł się przez zasłonę tysięcy bąbelków, które wzbijali wokół siebie walczący. Oto Akifiker? Akihifer? W każdym razie ta nadobna istotka, która zarządzała całym niebiańskim przybytkiem, wpłynęła pomiędzy nich i z marsową miną wyciągnęła jedną swoją płetwę ku jednemu, jedną ku drugiemu, licząc pewnie na ich opamiętanie.

Pierwszy zreflektował się tamten ciul, który stanął na drodze Feliksowi.

Jego szczęście.

Zaczął nawet coś tam mlaskać w kierunku szefowej, lecz zagniewany żołnierz nie rozważał już nad sensem jego słów, gdyż uznał, że zjawiska takiego nie sposób przyporządkować do żadnej ze znanych światu wartości. Przybrał więc tylko jeszcze bardziej nieodgadniony niż zwykle wyraz pyska.

- Feliks? A Ty? - z zadumy wyrwał go głos niewieści. Przez chwilę sołdat myślał nad godną odpowiedzią.

- Co? - zwrócił się ku niej, a ona? Westchnęła.

- Pytałam cię o coś.

- Zgadzam się. Stanowczo się zgadzam, Akih... Masz rację, szefowo.

- No dobrze... - Przywódczyni potarła oczy swoją zgrabną płetewką. - Zatem pozostaje mi tylko jedno wyjście.

Feliksa zaintrygowały te słowa. ALE nie na tyle, by nie posłał jeszcze jednego, nienawistnego spojrzenia rywalowi.

< Akhifer? Brae? Ktoś weźmie ten żarcik? xD >