Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akhifer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akhifer. Pokaż wszystkie posty

5 października 2025

Od Akhifer – "Jesień daje w ość"

Jesienne dni były zimne, ponure i pełne narzekających ryb, którym wszystko wszędzie, w każdej mierze przeszkadza. Ferka miała tak serdecznie dość, że w pewnym momencie zamknęła się w swojej norce i odmawiała wyjścia. Dopiero Feliks zdołał ją namówić do opuszczenia schronienia. Z nim wymówka na liściówkę nie zadziałała.

Inwentarz starał się bardzo subtelnie poingormować algę, że zaczęło brakować jedzenia, ale nawet te delikatne próby sprawiły, że Ferce kręciło się w głowie. Ostatecznie karpie przestały odwiedzać Kapitan i przypływali do niej tylko doradcy, Feliks i Elrad.

Aż do dnia, gdy w wejściu domu karpicy pojawiła się wyrocznia.

– Pani Akhifer, tragedia! – obce karpię wrzasnęło przez zamknięte drzwi. – Smoki pokazały mi straszną wizję! Ta zima ma być szczególnie sroga i wiele koi zginie, dotknięte głodem i zarazą.

Gdyby było jej wolno, Kapitan udusiłaby tą wyrocznię na miejscu. Tylko prawo no chroniło.

– Który smok ujawnił tą nepokojącą wizję? – spytała, z ogromnym trudem zachowują spokojny ton.

– Sam Sital.

Sam smok śmierci. Super, czyli wizja była naprawdę poważna. Szlag by to… Równie dobrze mogła powiedzieć ławicy „Hej! Nie ma co się starać, i tak wszyscy umrzemy!”.

Wyrocznia opuściła norkę Akhifer, przepraszając z chorym nadmiarem, jakby to była jej wina, że ławicę dotknie tragedia. Jedyne, za co mogła się winić, to że przyniosła te wieści w najgorszym momencie.

9 lipca 2025

Od Akhifer – "Kwiat paproci" cz.3

Przyjrzała się dziwnemu gatunkowi mchu bliżej. Czerwona głębia gładko przechodziła w fioletowe końcówki, wyglądając nieco jak niebo podczas zachodu słońca. Nawet pojawiały się złotawe błyski falujące po strzępkach mchu wraz z ruchami wody. Ciężko było jednak stwierdzić, czy to sam mech świecił, czy tylko odbijał ledwo dochodzące na tą głębokość promienie słońca. Cokolwiek było powodem takiego wyglądu, zdecydowanie dodawało uroku tajemniczej roślinie.

Długie jakby-liście również były interesujące. One także przechodziły z czerwieni bliżej ziemi do intensywnego fioletu na końcówkach, i tak samo jak reszta rośliny zwracały uwagę na siebie złotawymi błyskami. Było to tak czarujące, że Akhifer miała ochotę je dotknąć. Przypominały połączenie kwiatów z piórami ptaków, były przepiękne. Wyciągnęła płetwę w ich stronę.

Nagle poczuła, jak coś chwyta ją za ogon i odciąga od tajemniczego mchu.

– Proszę tego nie dotykać – usłyszała za sobą. Znała ten głos, to był ogrodnik Paul, najlepszy karp w swoim fachu. Odwróciła się w stronę zielonego samca.

– Co to jest? – zapytała bezceremonialnie, nie owijając nic w bawełnę. – Jest śliczne.

30 maja 2025

Od Akhifer – "Kwiat paproci" cz.2

Choroba nie zmyła się tak szybko, jak karpica miała nadzieję. Dwa dni później czuła się zupełnie tak samo, wpół świadoma i niezdolna do podejmowania rozsądnych decyzji.

By nie czuć się jak totalny przegryw, który siedzi zamknięty w domu, Akhifer postanowiła przepłynąć się na spacer. Nic wielkiego, małe kółko, żeby pooddychać świeżą wodą. Od zawsze było mówione, że to dobry sposób na choroby.

Z jakiegoś powodu to małe kółko zmieniło się w długą, niekończącą się linię, która prowadziła diabli wiedzieli gdzie. Gdy już samica się ocknęła ze swojego transu i rozejrzała dookoła, rozpoznała otoczenie jako Kanon Zapomnianych Dusz. Nie bywała tu często, ale tylko w jednym miejscu w jeziorze było tak ciemno i zimno, a przede wszystkim głęboko.

28 maja 2025

Od Akhifer – "Kwiat paproci" cz.1

Ostatnio coś Akhifer kiepsko się czuła. Jakby ją głowa bolała, skrzela też, nawet oczy, choć przecież w ogóle nie powinny. Chyba. Tak jej się wydawało, że to nie do końca normalne, że oczy bolą. Z drugiej strony w sumie głowa też nie powinna boleć, a bolała, jakby żółta karpica oberwała od kogoś patelnią. Nie, żeby mieszkańcy podwodnej ławicy wiedzieli, czym jest patelnia, wszak nie mają dostępu do ognia. A skąd ona wiedziała? To zostaje tajemnicą, którą tylko autor zna.

Samica wiedziała, że jest to choroba, nawet jeśli nie wiedziała, jaka. Może uczulenie, może grypa, Pierwotny wie. Miała jedynie pewność, że w tym stanie nie nadawała się do pracy przedstawiciela rządowego. Musiała załatwić sobie kogoś, kto by ją tymczasowo zastąpił. Gdyby były jakiekolwiek bety w ławicy, pewnie zatrudniłaby ją, ale pozostali jej jedynie doradcy. Jaka szkoda, że nie było drugiej alfy, z którą można by było podzielić się obowiązkami…

30 kwietnia 2025

Od Akhifer i Feliksa – "Rubinowe prądy" cz.4

Ilość słów Akhifer: 151
Ilość słów Feliksa: 347

Feliks nerwowo plątał się przy brzegu Wielobarwnej Polany, co chwilę przeczesując czoło płetwą, choć nie było na nim ani jednej łuski do poprawienia. Tysiąc razy sprawdził, czy wszystko ma na miejscu: ogon czysty, płetwy równo rozpostarte, łuski natarte korzeniem mięty wodnej, jak radziła mu stara strzebla, którą spotkał podczas podróży wzdłuż wartkich strumieni i wskroś zarośniętych jezior, długo przed tym, jak dotarł do starego, dobrego Zbiornika poczciwej społeczności koi. Mimo to wciąż czuł się nieprzyzwoicie czerwony, jakoby już nie wolny karp w jeziorze, a ugotowany, zanurzony w sosie z buraków.

„A co jeśli jej się nie spodobam?”, zadał sobie proste pytanie. „Nie trzeba było zlewać się tą cholerną pastą do łusek. Pachnę jak zielsko na skarpie,” mamrotał sam do siebie, dryfując w tę i z powrotem, nieco nazbyt sztywny, by sprawić sobie oskarżycielski monolog o własnej nieroztropności.

Gdy tylko dostrzegł błysk żółtych łusek wyłaniających się z oddali, serce zabiło mu jak ogon potwornego rekina koiojada, o których słyszał w klechdach starych sumów.

A potem pojawiła się ona. Piękna, świetlista, i... uśmiechająca się do niego tak, jakby naprawdę się cieszyła.

– Feliks! – jej głos rozbrzmiał niczym najcieplejszy prąd. Feliks zamarł. A potem, jakby coś w nim pękło, wyrwał z siebie chrypliwy szept.

– Witajże, och, Akhifer... jesteś... och.

I było to szczere jak sen niemowlęcia; i było to proste jak budowa cepa. Jednak Feliks nie myślał o tym w tamtej chwili. Myślał właściwie tylko o jednym.

Spojrzał na Akhifer kątem oka: to nie sen; wciąż była jasna, błyszcząca, pachnąca ziołami i czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać, ale co od razu uderzyło mu do głowy.

– Wiesz... – zaczął, drapiąc się nerwowo pod skrzelami. – Może to trochę głupie, ale... znam takie jedno miejsce. Nielegalne trochę. Znaczy, zupełnie nielegalne, ale... tak tylko odrobinkę.

1 kwietnia 2025

Od Akhifer – "Chory Małyż"

Gdy choroba dotknęła Małyża, Akhifer zauważyła od razu. Małż przestał pokazywać setki swoich malutkich oczek, siedział nieruchomo w muszli, odmawiając nawet jedzenia. Nie kopał w sypkim piasku, nie grzebał w podrzuconych resztkach, gdyby Ferka nie zaobserwowała czasem rozszczelnionego domku, byłaby skłonna uwierzyć, że jej zwierzątko nie żyje. Na szczęście to nie śmierć chwyciła skorupiaka w swoje zimne zęby, choć być może choroba wcale nie była lepsza.

Nie było w ławicy medyka, który znałby się na małżach, wśród hodowców również było ciężko. O dziwo na ratunek przybył jej łowca, który specjalizował się w polowaniu na małże. Umiał rozpoznać chore osobniki i znał choroby, jakie mogły je dotykać. Wystarczyło mu jedno spojrzenie, by wiedzieć, co dzieje się z Małyżem.

– Kamień na oczkach. Jest wyjątkowo powszechny w tym roku, u dzikich małży albo schodzi, albo pośrednio doprowadza do śmierci, bo nie chcą jeść. – Przerażenie na twarzy Akhifer musiało być bardzo ewidentne, bo łowca szybko zaczął ją uspokajać. – Ee, jak powiedziałem, tak jest u dzikich małży. Kapitan może spróbować wciskać do środka muszli sok z owocu jazimlecza. Widziałem małże z kamieniem, które specjalnie ściskały jazimlecz, żeby otoczyć się jego sokami, a po kilku dniach kamień schodził. W domowych warunkach praktyka ta dopiero wchodzi, ale nikt nie zgłosił żadnych poważnych efektów ubocznych.

– A te niepoważne?

– To alergie pojawiające się u karpi. U małży nic się nie pojawia.

31 marca 2025

Od Akhifer – "Pierwszy atak paniki"

Pierwszy atak paniki wydarzył się niespodziewanie. Właściwie chyba nigdy nie idzie przewidzieć tak traumatycznej sytuacji, kiedy ciało całkowicie odmawia posłuszeństwa, serce bije ci jak oszalałe, nikt nie jest w stanie nawiązać z tobą kontaktu, a wśród całego tego chaosu tkwisz ty, w pełni świadoma i błagająca o pomoc. Pamiętasz, że ktoś do ciebie podpłynął i pytał, co się dzieje. A ty jak jakiś posąg nie jesteś w stanie odpowiedzieć. Słyszysz tylko bicie swojego serca i drżenie wszystkich mięśni, które tak bardzo pragną rozerwać się na strzępy. Ciebie przy okazji też.

Akhifer nigdy nie miała styczności z atakami paniki, sama ich także nie przechodziła. To właśnie przez to jej pierwszy raz był przerażający. Nie pamiętała, co do tego doprowadziło, ale w pewnym momencie, zupełnie nagle, duszące liście owinęły się wokół jej umysłu i uwięziły go w drżącym, nie reagującym na żadne polecenia ciele.

Czuła się wtedy, jakby jakiś drapieżnik planował ją zeżreć, a ona nie była w stanie uciekać, bo została związana ciasno liną i przytwierdzona do ziemi, jak jakiś gotowy posiłek. To nie było przyjemne uczucie.

27 marca 2025

Od Akhifer – "Targ wynalazków"

Targ wynalazków, kolejny, na którym Akhifer uczestniczyła. Jeden z wielu, jakie nie zapadły jej w pamięć, bo wynalazki nie były jej konikiem. Już wolałaby siedzieć za biurkiem w jaskini rządowej, przeglądać papiery, udawać, że jest zajęta. Tutaj musiała się wysilać i pokazywać zainteresowanie, którego wcale nie czuła. Nie miała nawet jak się stąd wydostać, bo wszyscy oczekiwali po alfie, że obejrzy każdy wynalazek, jaki został przytaszczony. Nawet te najnudniejsze i najmniej kreatywne. I po co jej to wszystko było, mogła zostać w starej ławicy.

Trochę jej przeszło, gdy zobaczyła projekt wspomagacza równowagi dla ryb, które z równowagą z różnych powodów miały problemy. Wizualnie może i wyglądał trochę komicznie, ale Kapitan zawsze podziwiała wynalazki medyczne, które umożliwiały niepełnosprawnym karpiom normalne funkcjonowanie. Można było powiedzieć, że miała do nich słabość. Może to było spowodowane zajmowanym stanowiskiem alfy, może po prostu lubiła, kiedy wszystkie koi były traktowane adekwatnie do ich sytuacji. W każdym razie, wspomagacz równowagi przyciągnął jej uwagę.

Jednym uchem słuchała opisu, w jaki sposób wspomagacz działał, drugim zaś udało jej się wychwycić rozmowę dwóch ryb gdzieś bardziej z tyłu.

– Widziałeś wynalazek tego starego dziada? Czy on naprawdę myśli, że pisadło z wymiennym środkiem zmieni życie ryb? Dobre sobie! Radzimy sobie wystarczająco dobrze z tym, co mamy.

– No nie wiem, wydaje mi się, że łatwiej będzie przechowywać kilka wymiennych środków niż kilka pisadeł. Patrz na różnicę w rozmiarach.

– Dobra, dobra, nie podniecaj się tak. Dla mnie to dalej głupota.

Akhifer prawie się uśmiechnęła na tą docinkę. Doprawdy, im więcej miała lat tym gorsze miała poczucie humoru. Lub po prostu jej stan psychiczny się pogarszał i za parę wiosen trafi do psychiatryka, śmiejąc się w głos, że ślimak spadł z źdźbła trawy.

Wynalazek, o którym rozmawiały dwa karpie, zaciekawił ją niemal tak bardzo jak wspomagacz równowagi. Gdyby mogła wymienić grube pisadła na coś bardziej kieszonkowego, załatwianie spraw w drodze stałoby się dużo łatwiejsze i ogólnie lepiej wykonalne. Wymienne środki musiały ją jeszcze czekać na tym targu, bo kompletnie nie pamiętała, żeby takie coś oglądała.

Gdy w końcu trafiła na stanowisko, o którym wspominały wtedy tamte karpie, poczuła się… zawiedziona? Zaskoczona? Chyba coś pomiędzy, bo przed nią leżało coś nijak przypominającego jej wyobrażenie o wynalazku. Były to cieniutkie, czarne patyczki, zaraz obok których leżało znane już wszystkim karpiom pisadło. Samiec opiekujący się stanowiskiem wyglądał na bardzo zadowolonego, że wszyscy się za nim oglądali, jakby wcale nie przejmował się powodem, dla którego to robili.

11 marca 2025

Od Akhifer – "Na ratunek Inwentarzowi" (zadanie od Inwentarza; poziom 1)

Akhifer opływała Lazurowe Jezioro, doglądając dobrobytu jego mieszkańców, co weszło jej w nawyk już dawno temu. Nie lubiła wywyższać się jako alfa, choć bezsprzecznie zdarzało jej się używać tego tytułu, kiedy wydawało się to najwygodniejsze; poza tymi sytuacjami starała się jednak pozostawać na równi z innymi rybami, nawet jeśli starszyzna patrzyła na nią przez to krzywo.

Karpica zbliżała się właśnie do inwentarza, miejsca przeznaczonego do przechowywania przedmiotów wszystkich rybek, jak i również jedzenia na gorsze dni, a także niektóre leki, które nie były na tyle silne, by pilnować ich w jaskini medycznej. Zawartość magazynu nie była Ferce obca, jako że często dostawała aktualne spisy, co tam się znajdowało. Szczególnie niezawodny w tym wszystkim był opiekun inwentarza, zwany przez wszystkim pieszczotliwie Inwentarzem, jako że nie pamiętał swojego własnego imienia. Akhifer była przekonana, że cała pamięć żółtego karpia została przekierowana na pracę, bo choć imię Inwentarza nie było nikomu znane, samiec zawsze wiedział, gdzie co się znajduje, do kogo należy oraz ile tego jest. Jeszcze nigdy się nie pomylił, a przynajmniej Akhifer nie kojarzyła, by to się stało. W każdym razie z wielką chęcią płynęła w kierunku magazynu, nie mogąc doczekać się bałaganu, jaki tam zapewne panował.

I owszem, a nawet można było rzec, że “bałagan” stanowiło za słabe słowo na chaos, jaki znajdował się w magazynie. Ferka jednak wiedziała, że to tylko pozory i w całym tym chaosie wszystko miało swoje miejsce. Taki już był Inwentarz, roztrzepany, ale niezawodny, jeśli chodziło o jego pracę.

Znalazła opiekuna bałaganu zalatanego, torpedującego w tą i z powrotem, i mamroczącego coś pod nosem. W całym tym zamieszaniu zdołała wychwycić kilka słów.

– Cholera by… A może… Musi być…

Zdania nie miały sensu, jednak po ich prędkości Akhifer wiedziała, że coś było nie tak. Pan z inwentarza mówił wyraźniej, kiedy nie był zestresowany.

– Dzień dobry! – Głos karpicy był wesoły, przyjacielski, wcale nie taki, jaki powinna mieć alfa, która tylko sprawdza, co się dzieje. Był wystarczający, by zwrócić uwagę samca.

– A! Alfa kapitan Akhifer, dzień dobry! – Inwentarz ukłonił z grzeczności głowę. – Pani alfa wybaczy, ale niestety nie mam czasu. Zgubiłem coś bardzo ważnego, jak tego znajdę, medycy urwą mi głowę.

Zdanie to wzbudziło zainteresowanie Kapitan.

22 lutego 2025

Od Akhifer – "Słoni krewni" cz.6

Przemówienie poszło lepiej, niż Akhifer się tego spodziewała. Była wysłuchana w miarę spokojnie, dużo ryb kiwało ze zrozumieniem, łykając jej słowa niczym wodę. Biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno organizowali tu wściekły tłum, Ferka była naprawdę skora uwierzyć, że to wcale nie są te same karpie. Niektórzy byli jednak zbyt charakterystyczni i rozwiewali jej wątłe nadzieje.

Wśród zgromadzonych była jedna twarz, która stanowiła jednocześnie nadzieję, jak i przekleństwo. Elrad wpatrywał się w alfę ze skupieniem godnym pracującego psa, jego atramentowe oczy wcale nie chciały zejść z żółtej karpicy. Akhifer musiała go ignorować, by trema nie wzięła nad nią góry, co ostatecznie się udało, ale dziewczyna miała wrażenie, że ta jedna sytuacja tylko pogłębiła wyrwę, która powstała między dwoma rybami.

Trudno. Bycie alfą czasem wymagało poświęceń.

6 lutego 2025

Od Akhifer – "Słoni krewni" cz.5

Pierwotny, choć był względem Akhifer przyjazny, wcale nie okazał się taki pomocny. Nakierował ją tylko, że powinna wybrać najrozsądniejszą opcję i powiedzieć prawdę agresywnym rybom, czyli w sumie to, co ona myślała cały czas, żeby zrobić. Miała przynajmniej to pocieszenie, że skoro Pierwotny nie wspomniał o żadnych nieznanych ławicach, to takowych nie było. Chociaż może były, tylko nie chciał o nich mówić, by nie obarczyć i tak zestresowanej alfy jeszcze większą odpowiedzialnością.

W każdym razie obdarowała uczynnego kapłana oddanego Pierwotnemu perłami, obiecała mu wypisać jego imię na tablicach oddanych członków Koi Paradise, po czym skierowała się z powrotem do jaskini rządowej. Planowała spędzić w niej trochę czasu, przygotowywując przemówienie, jakie da zmartwionym buntownikom. Chciała, by było jak najbardziej oficjalne i nie pozostawiało wątpliwości co do jej prawdomówności. Oczywiście z tymi wiecznie podejrzliwymi kmiotkami ciężko było o coś takiego, ale to już nie była jej wina, tylko ich, że w każdym jej słowie doszukują się drugiego dna.

Szkoda tylko, że na miejscu czekał na nią karp, z którym szczerze nie miała zbytnio ochoty rozmawiać. Była wszystkim zmęczona, a tłumaczenie się Elradowi wcale z tym zmęczeniem nie mogło pomóc.

– Elrad – przywitała się sucho, przepływając zaraz obok niego i siadając za kamiennym biurkiem. Nawet na niego nie spojrzała, po prostu chwyciła pisadło w płetwę i zajęła się swoimi sprawami.

– Akhifer? – ton głosu samca obudził w żółtej poczucie winy. Elrad brzmiał jak dziecko, które nie rozumiało, dlaczego rodzic był na nie zły, ale kapitan nie zamierzała dać się utopić twardej kuli, jaka nagle wyrosła w jej gardle. Uparcie go ignorowała, udając skupienie nad papirusem. – Kapitanie.

10 stycznia 2025

Od Akhifer – "Słoni krewni" cz.4

Akhifer patrzyła na położony przed nią papirus z szerokimi niczym księżyc w pełni oczami. Jej usta otwierały się i zamykały, tym razem nie w geście rybiego oddychania, a jako objaw szoku, który przejął jej ciało. Nie śmiała nawet chwycić kartki, obawiając się, że litery na niej umieszczone rzucą się jej do gardła. Pocztylion, który przyniósł jej zapieczętowany list, słabo ukrywał narastającą ciekawość, co też znajduje się na tym przerażającym kawałku włókna. Nie śmiał jednak zaglądać w oficjalną pocztę.

Wreszcie Kapitan zwolniła go machnięciem płetwy. Nic nie powiedziała. Nie była w stanie. Miała zbyt duży mętlik w głowie, by pamiętać, żeby nie zachowywać się jak zadufana w sobie alfa.

Otóż przed nią leżała petycja, czy też groźba od karpi, które były oburzone, że rząd ukrył przed nimi istnienie obcej ławicy. Domagali się ujawnienia informacji o istnieniu wszystkich ławic, o jakich rząd wiedział, a jeśli alfa odmówi, to wywołają wojnę domową, niezależnie od tego, czy jest zima, czy nie. Bo oni chcą wiedzieć, teraz, już, za wszelką cenę.

Pod warunkami podpisała się cała masa karpi, zbyt dużo, by wszystkie zapamiętać. Akhifer tylko przeleciała wzrokiem w poszukiwaniu znanych sobie imion, w szczególności trzech, na których jej najbardziej zależało. Na szczęście nie wychwyciła nigdzie ani Miyony, ani Feliksa, ani Elrada. To dobrze. Przynajmniej oni nie byli przeciwko niej.

Elrada najbardziej obawiała się tu zobaczyć. Nie dlatego, że był jej najbliższy, ale dlatego, że on wiedział najwięcej o morskiej ławicy, a biorąc pod uwagę ich ostatnie spotkanie miał bardzo duże predyspozycje do dołączenia do podjudzonych koi. A może właśnie nie, może jako medyk był świadomy, że zimą nie warto wywoływać wojen, w szczególności domowych. Mniejsza z tym, najważniejsze, że nie był tu podpisany.

31 grudnia 2024

Od Akhifer i Feliksa – "Rubinowe prądy" cz.3

Ilość słów Akhifer: 957
Ilość słów Feliksa: 798

– Koło południa, koło południa się zobaczymy – powtórzył głucho szeregowy. Tak głucho, że szept jego przerodził się w ledwie maleńki wirek powietrza. Mały koi westchnął, a kilka niewinnych bąbelków powietrza uleciało niewinnie wprost z jego rozwartego głąbowato pyszczka wprost ku odległej powierzchni wody. Nie pierwszy raz znosiła ona jego humory i przyjmowała ciężkie myśli w postaci rozpuszczonej. Pozostawała niezmienna i niewzruszona, zupełnie nie tak, jak stukające w piersi, karpie serduszko.

Och, jak trudne zdawało się wszystko dla nieszczęsnego Feliksa, gdy rozpłynęli się z alfą i pozostał sam po przedpołudniu pełnym wrażeń. Och, jak niemiłosiernie gryzły go ostatnie wspomnienia, gdy wracał do nich mimowolnie, a potem każdy, zimny prąd, kazał mu zderzyć się z teraźniejszością. Płynął jak pijany i zastanawiał się.

Dlaczego Akhifer kazała mu się stawić? Czy zrobił coś nie tak? Czy każe rozstrzelać go za sianie niepokoju moralnego, teraz, gdy cała sytuacja okazała się czymś zupełnie innym, niż wcześniej ją przedstawiał? Nie, niemożliwe. Akhifer nie byłaby taka. Nigdy! Co zatem nią kierowało? Czy możliwe, by ona naprawdę znała jego myśli? Wszystkie jego pokrętne, wstydliwe myśli, które upychał na samym końcu swojego ciasnego rozumku? Nie, to tym bardziej niemożliwe!

A więc pierwsza z opcji była rzeczywiście bardziej prawdopodobna...

Feliks nawet nie spostrzegł, gdy zaczął nerwowo kręcić się w kółko. Każdy jego mięsień odruchowo skręcał ku Wielobarwnej Polanie. Zwalczyć tego pragnienia - niepodobna!

I tak się to wszystko skończyło, że nim krab przebiegł trzy kroki w bok po cennych roślinach, Feliks już pędził na Wielobarwną Polanę. Wiedział, że będzie sporo przed czasem, ale nie powstrzymało go to. Nie mógłby spóźnić się ani o minus pół godziny.

Choć ledwie się rozpłynęli, Akhifer czuła roznoszące ją od środka dziwne podniecenie. Miała ochotę podbijać się ku górze, kręcić piruety, tańczyć wśród wodnych traw, w skrócie – zachowywać się jak narybek. Gdyby miała kredki i papier, z pewnością zaczęłaby rysować serduszka, kwiatki, tęczowe danio, po prostu wszystko, co najlepsze. W jej piersi unosiła się pieśń, jednak tak daleko karpica nie pozwoliła sobie odlecieć. To byłby już za duży wstyd na jej stanowiska.

18 grudnia 2024

Od Akhifer – "Słoni krewni" cz.3

Sprawa z morską ławicą uspokoiła się na tyle, że Akhifer mogła spędzać swoje dni normalnie, na wypełnianiu obowiązków alfy. Pływała to tu, to tam, tak jak powinna, przy okazji omijając sprawnie pytania dotyczące tajemniczych kuzynów, o których jakoś nigdy wcześniej nie było wspominane. Za każdym razem miała coś pilnego do zrobienia, znajdowała dużo ciekawszy temat albo odpowiadała zbytkowo, ciągle wspominając to, co już mówiła. Że póki nie nastanie wiosna, nie ma o czym opowiadać.

Obróciło się to przeciwko niej, gdy do jej drzwi zapukał Elrad. Tak się składało, że była to jedna z naprawdę niewielu rybek – ich ilość można było obliczyć na promieniach płetwy piersiowej Ferki – którym karpica nie chciała kłamać. Nawet chowanie prawdy brzmiało nieciekawie, szczególnie gdyby została zapytana wprost. A to właśnie zrobił medyk.

– Kiedy zamierzałaś powiedzieć komukolwiek o tej słonowodnej ławicy? – Jego ton zdradzał złość i poczucie skrzywdzenia, jakby wziął sobie zatajenie faktu prosto do serca. Jakby sprawa ta dotyczyła go bezpośrednio i jak Akhifer mogła przed nim to ukrywać.

Ferka wpuściła gościa do środka, zamykając za nim drzwi, po czym zaprowadziła go do pokoju gościnnego. Było tu pusto, mebli zdecydowanie nikt nie używał od dosyć dawna, a małż siedział nieruchomo na swoim legowisku, patrząc na ryby wieloma malutkimi oczami. Był na tyle odważny, że się przed nimi nie schował, co Akhifer uważała za pozytywny wynik swojej pracy. Elrad usiadł, czy raczej oparł się brzuchem na podłużne, płaskie krzesło, a jego wzrok był tak samo nieciekawy jak ton głosu.

– Kiedyś na pewno…

– Czyli kiedy? – przerwał jej ostro samiec. Nie spodziewała się, że może być taki agresywny.

– Po zdobyciu wszystkich potrzebnych informacji, nie wiem, kiedy byłabym pewna, że ujawnienie tego jest bezpieczne. – Akhifer plątała się we własnych słowach, jej niepokój brał nad nią górę. – To nie było coś, co mogłam powiedzieć od razu.

– A od kiedy o tym wiesz?

– Od lat.

9 grudnia 2024

Od Akhifer – "Słoni krewni" cz.2

Przypływali do niej, uparcie i metodycznie, dopytując, żądając odpowiedzi, których ona nie potrafiła jeszcze udzielić. Ich wymagania pozornie nie były wysokie, chcieli „tylko” usłyszeć prawdę, jednak dla żółtej karpicy było to bardzo potężne „aż”. Pomimo kilkudniowego siedzenia nad papierami zawierającymi względnie wszystkie możliwe rozwiązania problemu, wciąż nie zadecydowała, którą ścieżkę powinna podjąć.

Kiedy po raz kolejny zebrał się pod jej domem zaniepokojony tłum, postanowiła w końcu wziąć sprawy w swoje płetwy. Wypłynęła im na spotkanie z pełną świadomością, że może ryzykować zamachem na jej życie. Zbyt dużo osób pamiętało o Vivierith, by przepuścić skrywanie takiego sekretu.

– Moi drodzy, rozumiem powód waszego niepokoju. – Mówiła donośnym głosem, tak, aby usłyszeli ją wszyscy, nawet ci najbardziej z tyłu. – Jestem świadoma, jaki wpływ na wasze rozumienie świata mają te nowiny.

– Czyli to prawda? Ta morska ławica? – wtrącił ktoś z tłumu. Akhifer wzięła głęboki wdech.

– Niestety tak. – Szmer rozniósł się po zgromadzonych. – Wiem, jakie to musi być szokujące.

– Czy ktokolwiek planował nam o tym powiedzieć?

Oho, zaczynały się nieprzyjemne pytania.

30 listopada 2024

Od Akhifer – "Słoni krewni" cz.1

Nowiny obiegły ławicę niczym najpodlejsza choroba, szybko i chwytając każdego bez wyjątku. Akhifer nie potrafiła nadążyć za napływem skarg, zażaleń i pytań zaniepokojonych ryb, które wcale nie ucieszyły się na wieści, a wręcz przeciwnie, poczuły się zagrożone. Pod jaskinią rządową pojawiły się nawet małe tłumy żądające odpowiedzi, z wywieszonymi na kijach banerami i skandujące jakieś własne hasła, których Ferka nie mogła usłyszeć, bo zamelinowała się w swoim prywatnym domu, nikomu o tym nie mówiąc. Doradcy tylko przysyłali do niej bez przerwy notki, żeby się w końcu tym wszystkim zajęła.

A ona nie chciała, przynajmniej jeszcze nie teraz, kiedy skupiała się na tym, jak mogli jej to zrobić. Jak mogli tak bezceremonialnie ogłosić swoje istnienie publicznemu światu, nie uzgadniając tego wcześniej z nią, z alfą, tym samym doprowadzając do zamieszek wiszących na skraju wojny domowej. A o co byłaby ta wojna domowa?

31 października 2024

Od Feliksa i Akhifer – "Rubinowe prądy" cz.2

Ilość słów Akhifer: 957
Ilość słów Feliksa: 798

Akhifer musiała dobrze się zastanowić, co zrobić dalej. Mieli jakąś poszlakę, ale co ona dawała? Zaledwie wskazówki, gdzie szukać dalej odpowiedzi.

– Myślę, że naszą najlepszą opcją będzie zapytanie jakiegoś łowcy albo nauczyciela zoologii, jakie zwierzęta mogą być wabione przez nowy nawóz – powiedziała na głos, kierując słowa bardziej w eter niż do swojego towarzysza przygody. – Chociaż nie wiem, ile zwierząt może być zainteresowane ościami. I nie będą to płaszczki, bo płaszczki jedzą głównie mięczaki i tylko pojedyncze gatunki jedzą ryby.

Feliks wpatrywał się w alfę jak w obrazek, zupełnie jakby był oczarowany jej wiedzą, na co Ferka się speszyła. Nie uważała się za jakiegoś znawcę w temacie fauny i choć miewała swoje prześwity, raczej traktowała posiadaną wiedzę jako podstawową. Wzrok czerwonego karpia świadczył jednak o czymś innym. Kapitan poczuła przypływ ciepła napływający do jej policzków, gdy zbyt długo patrzyła w oczy Felka. Odchrząknęła.

– Wracając... Łowca albo nauczyciel zoologii. Ktoś, kto się zna. Jaki mamy wybór?

Udawała skupioną, by zakamuflować swoje zażenowanie i nie patrzyć się więcej na Feliksa. Przy okazji robiła mentalną listę rybek, które zna i które mogą jej pomóc, ale niewiele to dawało.

– Nauczyciel zoologii, droga alfo - odparł Feliks bezmyślnie, skrycie kręcąc głową, by oczy przez przypadek nie wypstryknęły mu z orbit. Refleksy znad wysokiej powierzchni wody tak zniewalająco tańczyły na jej ametystowych tęczówkach. Obie one były jak klejnoty błyszczące wprost z obręczy drogiego pierścienia, który nieszczęśliwie zakochany człowiek cisnął w morskie głębiny, mając nadzieję, że wraz z nim fale pochłoną jego przekleństwo. Troszkę nieroztropny Feliks zapatrzył się na objawiony przed nim cud natury, musiał wyjść przeto na bezczelnego i utracić (bezpowrotnie.) wszelki ostatek szacunku, jakim najmilsza z alf jeszcze przed chwilą go darzyła.

Lecz co to? Akhifer patrzyła na niego nie inaczej niż wcześniej, ze swoim łaskawym zainteresowaniem, z uprzejmym zrozumieniem, tak ciepłym i nieodłącznym od jej postaci, jakoby żar od płomienia nieoddzielonym. Miał ochotę zakrzyknąć; błagać o przebaczenie za swą chwilę niemoty, która musiała uczynić go w jej oczach niskim i miałkim. Jakimi jednak słowami mógłby wyrazić skruchę, by jeszcze bardziej nie zrazić do siebie tej ponadwodnej istoty, nie zamroczyć cieniem oskarżenia jej uczynnych oczu? Skłonił się tylko lekko, dając znak, że skończył mówić.

– No to idziemy - stwierdziła alfa, jak gdyby kolejny krok śledztwa był dla niej oczywisty. Szeregowy zamachnął się swoim umięśnionym ogonem, by dogonić ją w drodze. - Poszukamy Dareliusza.

– Dareliusza? - Feliks skrzywił się. Już samo imię wydało mu się niezmiernie podejrzane. Brzmiało dokładnie tak, jakby skrywał się za nim przebiegły młodzieniec, chytrzący chichocząc na odziedziczonym przedwczoraj stanowisku i szczerzący swoje cienkie kiełki jak głupi do sera do poważnych karpi, a przede wszystkim, o każdej porze dnia i nocy gotów knuć intrygi przeciwko alfie ławicy i jej oddanym przyjaciołom. Dzielnego wojskowego wizja ta pochłonęła w całości, dopóki nie ujrzał rzeczonego z małym krabem w płetwach, śpieszącego przez Kwiecisty Przesmyk wprost do zatoczki, płynąc niezbyt płynnie. Wielkie było zdumienie Feliksa, gdy zdał sobie sprawę, że to właśnie za nim gonią. Opalizująco błękitny karpik był niewielki, okrąglutki tak, że dwa razy trzeba się było przyjrzeć, zanim z pewnością rzekło się, z której strony jest przód, a gdy już się go odnalazło, napotkało się drobny pyszczek i równie okrąglutkie, wesołe ślepka, z pasją wpatrujące się w wielki świat.

– Dareliuszu. Nasz niezawodny nauczycielu zoologii. - Akhifer zwróciła się do niego niczym zawodowy detektyw. - Potrzebujemy twojej pomocy w pewnej sprawie.

– W czym rzecz, kochani? - Na bezpośredniość nauczyciela Feliks prychnął w duchu.

– Potrzebujemy wiedzieć, jakie zwierzęta przyciąga... nowy nawóz, którego używa ogrodnik Paul. Zawiera kruszone kości i ości.

– Niezmiernie interesujące! - Dareliusz z ekscytacją podpłynął do góry, jakby próbował podskoczyć radośnie. Upuścił krabika, którego do tej pory trzymał w swoich cieplutkich objęciach i zakręcił się jak fryga. - Zaraz, zaraz. Chodźcie za mną. Przekonamy się.

Akhifer i Feliks popatrzyli po sobie, łowiąc swoje spojrzenia niemal odruchowo. Coś im mówiło, że za słowami nauczyciela może stać dokładnie to, co podpowiada im bujna wyobraźnia.

Od Akhifer – "Wizyta na cmentarzu"

Dzień Zmarłych był jednym z tradycji, których Akhifer nie do końca rozumiała. Przynoszenie kwiatów na cmentarz było dobre, warto pamiętać o tych, których zabrał Sital do swojego królestwa. Co było dla karpicy dziwne to zakaz imprezowania i, co było jeszcze bardziej niezrozumiałe, ogólnie spotykania się. Spotkania rodzinne lub przypadkowe natrafienie na siebie znajomych się nie liczyło, ale zaprosić kogoś na kulki owocowe już nie było wolno. Ferka nie mogła wymyślić chociaż jednego powodu, dla którego taki stan rzeczy miałby sens.

Pod Święte Drzewo udała się z samego rana, jeszcze zanim zebrały się tam tłumy. Nie spodziewała się, że będzie sama, bo sporo starych karpi często Dzień Zmarłych zaczynało świętować jeszcze przed wschodem słońca, tłumacząc się, że plecy je za bardzo bolały, by spać, czy coś takiego. Tak wcześnie nikt jednak sobie nawzajem nie przeszkadzał, więc droga dla czerwonopłetwej była wolna.

Nie miała tu tak naprawdę nikogo pochowanego ze swoich bliskich, sam cmentarz i tak był mały, bo ławica pojawiła się tu stosunkowo niedawno. Nie było też żadnego wymogu, żeby alfa przypływała na cmentarz na święto zmarłych. Z tych względów wielu zadawało sobie pytanie, po co Akhifer się tu w ogóle pojawiła.

Odpowiedź była… zapewne nie tym, czego się spodziewali. Gdy Ferka przybyła na cmentarz, zaczęła z wejścia liczyć groby koi, które umarły już w Lazurowym Jeziorze oraz plakietki z imionami tych, którzy opuścili nowy dom na własne życzenie. Ilość kamiennych pamiątek spisywała na kartce w miarę po kryjomu, żeby nikt do niej nie podpłynął i nie zadawał niepotrzebnych pytań.

14 października 2024

Od Akhifer – "Kiedy siostra ma liściówkę"

Słońce prześwitywało przez pomarańczowe, martwe liście dryfujące na tafli jeziora. W oczach uwięzionego w wodzie karpia koi wyglądało to zaskakująco ładnie, nawet jeśli informowało o ponurej, pełnej chorób porze roku, jaką jest jesień. Oczywiście bywała ona piękna, spokojna i przyjemna, ale jeszcze częściej była zmorą dla mieszkańców Lazurowego Jeziora. Choroby, drapieżniki, duże skoki temperatury, wszystko to szczególnie mocno wisiało nad głowami karpi koi w okresie jesiennym, kiedy akurat musieli się wyjątkowo przyłożyć do szykowania zbiorów jedzenia na zimę.

Ferkę drapieżniki nie przerażały, skoki temperatury nie robiły na niej wrażenia, a choroby nie były w stanie przyszpilić jej do łóżka. Miała swoje obowiązki i je wypełniała co do joty, nawet jeśli do domu wracała dopiero, gdy zaczynało robić się widno. Tej jesieni ironicznie dostała akurat jeszcze większy zastrzyk energii, chętnie zajmując się swoją listą rzeczy do zrobienia, aż wieczorami zostawało jej trochę czasu dla siebie. Miała wtedy wrażenie, że spraw do załatwienia jest najwyraźniej mniej, skoro tak szybko jej poszło. Wcale nie załatwiała ich w trymiga z promieniującą pewnością siebie, strasząc przy okazji wszystkich dookoła, czy ich alfa nie została potajemnie podmieniona.

Pierwszy problem, którego nie dało się rozwiązać od zaraz, była pewna jesienna choroba, pojawiająca się praktycznie co roku. Liściówka. Liście na tafli jeziora mogły być piękne, jednak przynosiły ze sobą chorobę zdolną uziemić niejednego karpia, nawet tak legendarnie odporną alfę. Nie złapała jej, na szczęście to akurat się nie przydarzyło, ale za to ofiarą stała się siostra Akhifer, Miyona.

Ferka była ją odwiedzić któregoś magicznie wolnego wieczoru i znalazła ją rozłożoną na łóżku i przykrytą kocem z wodorostów. Czerwona karpica narzekała, że wszystko ją boli, że nienawidzi jesieni, że ta liściówka staje się gorsza za każdym razem, gdy ją łapie. Kapitan cierpliwie słuchała tych zażaleń i próbowała pocieszyć członka rodziny, przynosząc jej mieszankę ziół oraz dzieląc się zabawnymi sytuacjami, które wydarzyły się od ostatniego spotkania. Niewiele to jednak dawało.

7 października 2024

Od Akhifer – "Males are so annoying" cz.5 (j. angielski)

The jealous ex-boyfriend quickly ended up in jail for assaulting the alpha during her night patrol. Elrad admitted he didn’t feel sorry in the slightest, in fact, he felt content the things ended this way. Akhifer patted him on the imaginary shoulder.

The two became close friends, with Elrad supporting Akhifer in her decisions, and the Captain helping the Medic every now and then with his errands. Sometimes the yellow she-carp would come to her friend to ask for advice, since he was one of the very few she trusted with that. One could say that he became her personal alpha’s advisor, although neither would admit it, and Elrad’s official qualification didn’t change. For a brief moment, Akhifer even managed to grow some feelings for Elrad, but she quickly dismissed them, as she had someone else in mind at this point.