Świat kręcił się przed oczami Nchamani, jakby ktoś zakręcił nim w wirówce. Zaraz, skąd Nchamani wiedziała, czym jest wirówka? Karpica nie pamiętała. Może to były jakieś ukryte głęboko wspomnienia, kto wie, a może odzywało się w niej wprowadzone przez ludzi DNA. W każdym razie, wszystko przed nią się strasznie kręciło. Aż miała ochotę zwymiotować, gdyby się tak dało.
Choć bardzo się z tym ociągała, ostatecznie stwierdziła, że musi jednak odwiedzić medyka, bo nie wyrobi. Tak się składało, że najbliższy medyk był kimś, kogo Nchamani jeszcze nie znała, więc płynęła tam w ciemno. Miała nadzieję, że ten cały medyk jej pomoże, bo naprawdę nie chciała się tak źle czuć, nawet jeśli nie pamiętała, skąd to się wzięło.
Popłynęła do tego medyka, bardzo powoli i bardzo niechętnie, aż w końcu dopłynęła na miejsce. Czekanie na przyjęcie spotęgowało jej stres, ale gdy tylko zobaczyła medyka, który tu funkcjonował, od razu zabrakło jej tlenu w skrzelach i poczuła się zaskakująco dobrze.
Samiec był przystojny, umięśniony, a jego łuski miały głównie limonkowy kolor. Ciało ozdabiały szerokie, poprzeczne pasy o arbuzowym kolorze, a dodatkowego uroku dodawała grzywka i dwa wąskie paski przecinające oczy. Innymi słowy, był całkowicie w typie Nchamani i dziewczyna poczuła, jak bije jej serce.
Karp uśmiechnął się do niej grzecznie i ruchem płetwy zaprosił do gabinetu.
— Dzień dobry. Z czym pani do mnie przychodzi? — zagadał. Jego głos tak pasował do twarzy, że brązowa poczuła ciarki na ciele.
— Widzi pan, od rana strasznie kręci mi się w głowie. Aż mam ochotę wymiotować.
— Aa, rozumiem. Co pani zjadła?