Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tenebrae miał wątpliwości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tenebrae miał wątpliwości. Pokaż wszystkie posty

31 stycznia 2022

Od Brae'a CD Romelle - "Tenebrae miał wątpliwości" cz.5 [13+, przekleństwa, buzi!]

Szare ściany z kamienia błyskały w mroku z każdej dostępnej strony, otaczając samotnego Brae. Ciemny, mokry piasek, pełen nieprzyjemnych i ostrych kamieni sypał się tuż pod ciałem Jitonga, którego myśli były prawie tak ciemne, jak mrok panujący wokoło. Wydawało mu się, czy to miejsce naprawdę zwężało się wraz z długością, albo też jego zmysły najzwyczajniej płatały mu figle?

Nie, to nie był żart. Zaraz faktycznie nie będzie mógł zawrócić, gdyż najzwyczajniej zabraknie mu miejsca. Być może nie czuł niepokoju, kiedy jego płetwy delikatnie muskały wilgotną nawierzchnię tunelu. Być może nie czuł go również, kiedy uświadomił sobie, że zaraz się zaklinuje. Myśl jednak, że już nie będzie mógł j*b*ć Akhifer była jego całym bólem. Okropne. Pozwolić jej w spokoju rządzić? Najpierw będzie musiała się go pozbyć!

Dobrze, że nie miał klaustrofobii – inaczej niewiele zdziałałby w tym miejscu. Nie pamiętał już, jakim cudem oddzielił się od Romelle. Zresztą, nawet nie próbował sobie o tym przypomnieć. Jedyne, czego chciał teraz dokonać, to zwinąć się stąd jak najszybciej i wrócić do swojego bezpiecznego kokonu. To znaczy; swojego domu. Nawet jego praca nie była taka zła i całe to codzienne spotykanie się z innymi rybami (mówię wam, oni są przerażający) w świetle tego wszystkiego bladło i było niemal... akceptowalne. 

– Jakie są najbardziej introwertyczne zawody?

Próbował zająć sobie czas, na tyle, ile tylko mógł.

– Cóż, na pewno nie Jitong – mruknął.– Za mało układania wodorostów i samotnego rozmyślania nad znakami, za dużo p**rd*l*n*a o ziemniakach.

Westchnął, przypomniawszy sobie, jak dużo ścieżek rozwoju mógł wybrać. Jak dużo innych opcji na niego czekało z otwartymi płetwami. Choćby ten żołnierz; całkiem zawód porządny.  Strasznie się tobą wysługują, no, ale umiesz walczyć, i możesz wp**rd*l*ć innym.

– Jak zostanę tym kapłanem, to już nikt nie będzie mi rozkazywał – rozmarzył się. – A jak smokiem, to dosłownie spale połowę koi. Ogień w wodzie. Tego jeszcze nie wiedzieli.

Tak oto rozmawiając sobie sam z sobą, zawrócił w drogę powrotną. Kim było stworzenie, które go goniło? Nie wiedział, i szczerze nie zależało mu, by wiedzieć. Teraz spokojnie wróci do domu, zapominając o Romelle, którą tutaj zostawi i o tym drugim gościu. Uśmiechnął się. W końcu należą mu się wakacje.

<Ktoś?>

28 września 2021

Od Romelle CD. Tenebrae - "Tenebrae miał wątpliwości" cz.4

Samica w skupieniu przetwarzała każdy pojedynczy wyraz, wypowiedziany przez karpia.

Zdecydowanie nie tak wyobrażała sobie spotkanie z właścicielem głosu, który w zaledwie kilka chwil zdołał sprawić, by sprzeciwiła się głoszonym przez nią postulatom.

Wkraczając na teren Mrocznej Puszczy, starała się nie myśleć o możliwych konsekwencjach swojego zachowania. Działała w trosce o bezpieczeństwo innych i miała szczerą nadzieję, że zostanie to uwzględnione w przypadku wypłynięcia incydentu poza granicę trójki Koi. W zaistniałej sytuacji nie była jednak pewna, czy uda im się dożyć momentu, w którym sprawa ujrzy światło dzienne. Brała pod uwagę różne scenariusze, większość z nich nie przedstawiała ich bliskiej przyszłości w pozytywnych barwach.

– Powinniśmy się przede wszystkim uspokoić – stwierdziła, kierując swoje słowa bardziej do siebie, aniżeli otaczających ją karpi. W rzeczywistości spokój znajdował się na samym końcu obszernej listy uczuć, kłębiących się w jej głowie – Powiedz, co takiego widziałeś. Co nam grozi?

– Obawiam się, że to nie najlepsza pora na rozmowy. To nie należy do zbyt przyjaznych – szereg ponuro wyglądających roślin, porastających dno w tej części Zbiornika zaczął nagle nierównomiernie się poruszać. Nie ulegało wątpliwości, że czymkolwiek była owa niebezpieczna istota, właśnie zbliżała się do oniemiałych członków ławicy, w tempie znacznie przekraczającym ponad zdolności zwykłych ryb.

Jeżeli wcześniej nie mieli większych powodów ku ucieczce (choć takowe istniały), teraz wszyscy zgodnie ruszyli przed siebie.

Płynąc ile sił w płetwach Romelle nie miała możliwości odwrócenia się, aby sprawdzić czym jest usiłujący ich złapać drapieżnik, toteż całkowicie porzucając resztki elokwencji, wydarła się do poruszającego się przed nią nieznajomego.

– CO TO JEST?!

– Wytłumaczę Wam wszystko, jak znajdziemy się w bezpiecznym miejscu.

Jeśli znajdziemy się w bezpiecznym miejscu

– To rekin, racja? – nie dawała za wygraną.

– Coś znacznie gorszego.

– Gorszego od wściekłej alfy? – jak można się domyślić, tym razem głos zabrał Jitong. Od wyrzucenia rąk w powietrze i przewrócenia oczami, brązowooką dzieliła jedynie chęć natychmiastowego wydostania się z kryzysowej sytuacji oraz ograniczone możliwości spowodowane posiadaniem rybiego ciała. Ich towarzysz w odróżnieniu od Medyczki w żaden specjalny sposób nie zareagował na sarkastyczny komentarz ze strony samca. Zamiast tego, jak mantrę powtarzał te same trzy słowa, którymi poprzednio uraczył karpicę, stopniowo doprowadzając ją do szewskiej pasji.


Czas płynął, a grupa, z "Krzykaczem" na czele wciąż niestrudzenie posuwała się naprzód, z każdym machnięciem płetw, oddalając się od granic Mrocznej Puszczy.

Im dłużej uciekali, tym mocniej w umyśle Romelle zacierała się zdolność orientacji w czasie i przestrzeni. Dystans, który przebyli, wskazywał na to, że już dawno przekroczyli niewidoczną linię, dzielącą ten pełen niebezpieczeństw sektor od strefy, w której na co dzień żyli. Jednocześnie mógł być to jedynie wymysł jej umysłu, napędzany coraz większym poziomem poczucia zmęczenia, rozchodzącym się po całym jej ciele.

W innych okolicznościach może usatysfakcjonowałby ją fakt, iż prędkość, z jaką się poruszała, nieco przewyższała umiejętności Jitonga. O jego dalszym istnieniu informowały ją jedynie docinki, sporadycznie wydobywające się z jego ust.

Mimo tego nie czuła ulgi. Opadała z sił, natomiast mknący pomiędzy wodorostami potwór nie wykazywał żadnych oznak wycieńczenia. Wręcz przeciwnie, przecinał wodę z surrealistyczną precyzją, z sekundy na sekundę skracając dzielącą ich przestrzeń.

Doskonale zdając sobie sprawę z zagrożenia, starała się skupić na odnalezieniu jakiejkolwiek jaskini, wyrwy, czy choćby wystarczająco pojemnej beczki po rumie, po który tak ochoczo sięgała ludność Anglii za czasów, gdy Barbados stanowiło kolonię angielską.

Świdrując wzrokiem rozłożysty grunt wchodzący w skład Zbiornika, w końcu jej uwagę przykuła niewielka szczelina, wyżłobiona w potężnej skalnej ścianie, znajdująca się nie dalej niż pięćdziesiąt metrów od nich.

Wielkość dziury pozostawiała wiele do życzenia, a mimo to w jej niezbyt przystępnie wyglądającym wnętrzu, brązowooka widziała jedyne źródło ratunku dla siebie i pozostałych. Mogłaby poświęcić więcej czasu na dokładniejsze przemyślenie swojego planu, jednak w chwili, gdy z paszczy nieokreślonego monstrum wydobył się długi gardłowy ryk, decyzja została podjęta.

Wykorzystując resztki energii i starając się ignorować przybierający na sile ból w skrzelach, przyspieszyła, by móc swobodnie porozumieć się z obcym Koi.

– Widzisz tamto wgłębienie? – karp zrozumiał jej intencje i bez słowa skierował wzrok w stronę luki.

– Nie wydaje się zbyt pojemna.

– Z tej odległości może wyglądać na mniejszą, ale gdybyśmy się zbliżyli... z resztą, masz jakieś inne propozycje?

Pokręcił przecząco głową, w efekcie wykonując serię szybkich ruchów tułowiem, po czym niemal bezgłośnie wypowiedział kilka słów, które Romelle zrozumiała jako "Sprzątacze tego nie pozbierają" . Miała nadzieję, że nie do końca prawidłowo zrozumiała ich koncept, a przede wszystkim, że różnił się on od interpretacji, którą w formie niesamowicie dokładnych obrazów, postanowił zaserwować jej mózg.

Ostatecznie jednak osobnik parł naprzód, wprost na wskazane przez nią miejsce.

Jeszcze tylko 30 metrów... 20... 15... 10; Niemal czuła na sobie ciepło bijące z rozwartego pyska potwora

5 metrów, 4... 3; Nieznajomy zdążył zniknąć we wnętrzu groty, 2... 1...


Zagłębiając się w szczelinie, na własnej skórze odczuła jej nieodpowiednie proporcje. Wyobrażała sobie, że zgrabnie wsunie się do zagłębienia, by chwilę później ujrzeć przed sobą ścianę podwodnej jaskini; W praktyce potoczyła się przez wąski tunel, przypominając raczej niezbyt okazały worek ziemniaków, niż zręczną rybę.

Zimne ściany korytarza boleśnie obcierały się o jej tułów, a ich ostrzejsze krawędzie raniły łuski, mimo tego jedno się zgadzało. Na końcu drogi czekała na nią średniej wielkości grota, jednak niedane jej było zaznać spokoju.

W momencie, w którym znalazła się w środku, pod wpływem uderzenia wnętrze jamy niebezpiecznie się zatrzęsło. Zanim drobne kamienie, pokrywające pułap jaskini, osunęły się, częściowo zasłaniając wyjście, oraz ograniczając dopływ światła, samica zdążyła na własne oczy zobaczyć, jak olbrzymie cielsko o grafitowej barwie oddala się od nich, zmierzając w kierunku Mrocznej Puszczy.

Kiedy sytuacja nieco się uspokoiła, a czarno-biała przyjęła do świadomości fakt, że drapieżnik najwyraźniej nie przystąpi do kolejnego ataku, odzyskując trzeźwość umysłu, rozejrzała się dookoła.

Poza wcześniej wspomnianym Koi i nią samą nie było tutaj kompletnie niczego. Żadnych roślin, żadnych materiałów, jedna goła ściana układająca się w niemal idealny półokrąg i...

– Gdzie jest... – Nagle naszła ją niewyobrażalna ochota uderzenia głową w twarde podłoże – świetnie.

Podczas rozmowy z obcym nawet nie pomyślała o podzieleniu się swoim zamiarem z niebieskookim. Sądziła, że uda się za nimi, był tak blisko, musiał usłyszeć, o czym mówili. Jednocześnie nie miała pewności, kiedy właściwie samiec postanowił się od nich odłączyć, w każdej chwili mógł zmienić kierunek, ominąć bestię. Kurczowo trzymała się tej myśli, choć i tym razem nie stanowiła ona jedynej prawdopodobnej wersji wydarzeń.

– Przykro mi – pochwyciła słowa samca. Jego głos nie brzmiał już tak pewnie, jak niespełna kilka minut wcześniej.

– Nawet nie wiedziałam, jak miał na imię – odparła niedbale, wprowadzając swojego rozmówcę w stan konsternacji.

– Odniosłem inne wrażenie.

– Miałam zamiar wydostać Cię stąd żywego, tymczasem utknęłam w jaskini, gubiąc po drodze Jitonga. Wybacz, że nie skaczę z ekscytacji – wycedziła, może nieco zbyt agresywnie. Jej odpowiedź wprawdzie nie mijała się z prawdą, ale była mocno ograniczona. Nie zamierzała jednak zwierzać się ze swoich uczuć całkowicie obcej osobie, nie zrobiłaby tego nawet wtedy, gdyby nagle na jego miejscu znalazłby się jeden z członków jej rodziny, bo co miałaby im powiedzieć?

Że codziennie, choćby na krótki moment, zaczynają nawiedzać ją ponure wizje najdroższych jej sercu ryb, objętych nieuleczalną chorobą, na którą ona, spętana przez swoje niewystarczające umiejętności, nie może znaleźć lekarstwa?

Że tak naprawdę uwielbia tę mieszankę przerażenia i podniecenia, która towarzyszy jej przy każdym zleceniu?

Że tylko czeka na moment, w którym coś się wydarzy, ponieważ bez tego jej życie wydaje jej się niebywale nudne?

Że potrafi obwiniać się za każde zniknięcie, każde skaleczenie innych jednostek? W końcu, gdyby tylko była na miejscu, mogłaby coś zrobić, by temu zapobiec. Zawsze było coś, co mogłaby zrobić.

Nie, wyjawienie tego wszystkiego zdecydowanie nie wchodziło w grę. Nawet dla samej Romelle brzmiało to niepoważnie, wręcz niedorzecznie, a wystawienie się na śmieszność było jedną z ostatnich rzeczy, jakich pragnęła.

– Powiedziałeś, że zdradzisz mi, czym jest stworzenie, które nas ścigało. Teraz mamy wystarczająco czasu, aby sobie wszystko wyjaśnić. W szczególności to, dlaczego przekroczyłeś granicę puszczy.

Nieznajomy zawachał się, wyraźnie zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Nie wiem, od czego zacząć, to wszystko w ogóle nie powinno mieć miejsca.

– W to nie wątpię.

– Początkowo chciałem dostać się do Kryształowni, od pewnego czasu jestem na tropie pewnego artefaktu, który podobno zaginął wiele lat temu – przybysz na to wspomnienie wyraźnie się rozpromienił – Nie zamierzałem łamać przepisów, ale nagle poczułem, że powinienem tam zajrzeć. Miałem wrażenie, nie, byłem pewny, że w końcu uda mi się znaleźć to, czego szukam.

Romelle spojrzała na niego z wyraźnym politowaniem. Nie mogła uwierzyć, że samiec ryzykował własne życie z takiego powodu. Nie mogła uwierzyć, że ryzykowała własne życie z takiego powodu. Poczuła lekkie ukłucie zawodu, które starała się zatuszować wyrazem dezaprobacji. Ten widząc jej wrogie spojrzenie, kontynuował.

– Wiem, jak to brzmi, gdybym mógł cofnąć czas, nigdy bym się na to ponownie nie zdecydował. Ale w tamtej chwili nie myślałem logicznie, coś mną kierowało, może ciekawość, a może rosnąca potrzeba zdobycia... W każdym razie znalazłem się dalej, niż chciałem, naruszyłem terytorium tego czegoś i uciekając, natrafiłem na was. Później sprawy potoczyły się same.

– Co to było – po raz kolejny ponowiła swoje pytanie coraz bardziej zniecierpliwiona brakiem odpowiedzi – Powiedz mi, co to było, lub do czego było podobne. Może płaszczka albo jakaś inna ryba ogończowata?


Coś znacznie gorszego

Coś znacznie gorszego

Coś znacznie...


– To nie mogła być płaszczka – zaczął ku jej zdziwieniu karp – wyglądało raczej jak połączenie kałamarnicy ze szczupakiem.

– Jesteś pewien? – o ile w możliwość ataku rekina Romelle mogła jeszcze uwierzyć, tak ta mieszanka wydała jej się wyjątkowo nierealna.

– Tylko to porównanie przychodzi mi do głowy, jeszcze nigdy nie słyszałem o czymś takim, nie mówiąc o zobaczeniu go na własne oczy.

Karpica postanowiła chwilowo nie zagłębiać się w ten temat, badawczo przyglądając się aparycji karpia, próbując zlokalizować jakieś drobne rany lub przebarwienia, które być może pomogłyby jej w interpretacji tożsamości napastnika.

– Zostawmy to. Jesteś ranny? – półmrok panujący w jaskini wyraźnie nie sprzyjał jej oględzinom. Nawet zbliżając się do samca i opływając go z każdej strony, nie była w stanie z całą pewnością stwierdzić czy zdobiąca jego łuski bordowa wstęga jest w rzeczywistości częścią jego umaszczenia, czy może skaleczeniem.

W reakcji na jej poczynania (początkowo rzucane przez nią pojedyncze spojrzenia ustąpiły miejsca szczegółowej inspekcji) nieznajomy dyskretnie skierował się jeszcze głębiej w głąb jamy.

– Jesteś medykiem, czy mogę zacząć się bać?

– Jedno nie wyklucza drugiego.

– Zapewniam, że nic mi nie jest. Raczej wiedziałbym, gdyby było inaczej.

– Raczej?

– Na pewno.

– W porządku – brązowooka skierowała swój wzrok ku wyjściu z groty, a w jej głowie momentalnie pojawił się obraz góry szarej masy obijającej się o ściany pomieszczenia – myślisz, że może wrócić?

– Nie mam pojęcia, może wpłynął z powrotem do Puszczy. Szczerze mówiąc, nie wyglądał na zainteresowanego nowym otoczeniem... z drugiej strony całkiem tu przytulnie.

– Może przez najbliższą godzinę tak będzie – na pyszczek karpia wpłynął ledwie widoczny cień ulgi, który znikł równie szybko, co się pojawił – W każdym razie do momentu, w którym skończy nam się pożywienie i zaczniemy losować, który z nas poświęci się, aby drugi miał szansę na przetrwanie.

– Wiesz, myślę że to odpowiedni moment, aby się stąd wyrwać – podpłynął do zasypanego otworu i zwinnymi ruchami zaczął pozbywać się z niego resztek kamieni.


Promienie słońca stopniowo przebijały się przez szczeliny, czyniąc wnętrze bardziej przystępnym. Przypływ światła poza oczywistym wzrostem widoczności wskazał jednak również nowe komplikacje.

Prawą płatwę obcego zdobił bogato zdobiony złoty pierścień, którego obecności wcześniej nie zauważyła, natomiast obszar jego ciała tuż pod ową kończyną upstrzony był nieregularnymi plamami o takiej samej barwie.

Nie było mowy, żeby samica ich wcześniej nie zauważyła, a mimo to obraz, który przed sobą widziała, nie był jedynie wytworem jej wyobraźni.

Coś się stało. Nareszcie coś się stało.

<Ktoś?>

19 sierpnia 2021

Od Brae'a Cd. Romelle - "Tenebrae miał wątpliwości" cz.3

Zapewne zacząłby martwić się poważnie o swoje zdrowie, gdyby nie fakt, że nie on jeden zwrócił uwagę na hałas. Poruszone karpie w rzeczy samej rozglądnęły się po otoczeniu, aczkolwiek poruszone były przez może pół minuty, po czym totalnie zignorowały obcy krzyk, stając się głupimi karpiami. Nawet nie próbując naleźć jego nadawcy, wróciły do swoich zajęć, wychodząc z założenia, że wszyscy mamy zbiorowe omamy. Ogólna ślepota była oczywiście najukochańszym czynnikiem w ławicy Brae’a, a cechę ów przypisywał jej zajadle, z racją lub bez niej. Teraz natomiast utwierdził się w swojej racji, poirytowany kierując wzrok w stronę Mrocznej Puszczy. Skąd, jak nie stamtąd, pochodziło wołanie o pomoc?

Popadł w zadumę, starając się trzeźwo myśleć. Ułożył sobie w głowie pełną listę planów, a teraz myślał nad wszystkimi Za i Przed.

a) Wrobić w to jakiegoś bachora i kazać mu sprawdzić nadawcę krzyku.

Dobra wiadomość jest taka, że Brae nie musiałby ryzykować własną skórą. Zła natomiast, że jeżeli młody umrze, to on weźmie za to odpowiedzialność. Tak naprawdę samo pogorszenie już i tak złej publicznej oceny w niczym nie zawadzałoby mu, mimo to nie chciał zostać mordercą. Odrzucił tą opcję.  

b) Wysłać Ramelline.

W sumie… Czemu by nie? Nic go z nią nie łączyło a na dodatek jej oddanie dla zasad było wnerwiające. Z chęcią pozbył się tej małej małży. Ciemny, ty idioto – zwrócił się sam do siebie w myślach. – Jesteś tak głupi, że myślisz iż ona dobrowolnie złamie rozkaz Alfy, o którego przestrzeganie sama suszyła ci płetwy? Poza tym, w końcu nie chcesz być mordercą.

W takim wypadku i to rozwiązanie odrzucił.

Opcją c było zgłoszenie Alfie, ale zrezygnował z tego rozwiązania, nawet nie rozmyślając na dobrymi i złymi stronami.

Zostało więc mu pójść osobiście.

Kiedy westchnął, woda wokoło zafalowała. Z zrezygnowaniem patrzył w dal, próbując rozpoznać tajemnicze kształty w głębi zabronionego obszaru. W tym momencie jego natura, która rzecz jasna pozostawała niezmienna, kłóciła się z nawykami wyrobionymi w czasie bycia narybkiem. Zrobił piruet, nie będąc pewnym racji podjętej decyzji.

– Walić alfę – zniżył głos, płynąc w stronę ciemnych roślin. – Walić zbiornik, walić zasady, walić Donosicieli, walić Ramelline. I jeszcze raz Alfę.

Płynął powoli, rozglądając się uważnie na boki. Gdyby zginął, byłoby to co najmniej śmieszne. Popłynął na ratunek, i nie dość, że nie pomógł, to jeszcze się zabił. Przeklinał to, że postanowił wybrać się na ten uroczy spacerek. Mógł zostać, toby ta sytuacja go nie dotyczyła.

Zignorował Romelle, która miała nie lada rozterkę. Koi jednak postanowiła nie dołączyć do swojego niedawnego rozmówcy, a odpłynąć, zapewne aby donieść o zaistniałej sytuacji Akhifer. Brae ledwo powstrzymał złość. Liczył, że Alfa nie dowie się o jego postępowaniu (które, rzecz jasna, było wyjęte spod prawa). W teorii powinien w pierwszej kolejności zgłosić to władczyni, a dopiero potem pytać o pozwolenie. W praktyce nie powiedziałby jej o tym, nawet, gdyby nie pałał do niej nieuzasadnioną niechęcią.

Kiedyś powinien zastanowić się, dlaczego w ogóle tak bardzo jej nie lubi. Co najmniej głupio przekreślać kogoś, z kim nie zamieniłeś paru słów, jednak sama wizja przyjaźni z tą rybą sprawiała, że Tenebrae czuł się niesmacznie. Nie zmienia to jednak faktu, iż kiedyś faktycznie powinien nad tym pomyśleć.

Wróćmy jednak do akcji, gdyż w tym momencie krzyk się powtórzył. Jitong był przygotowany na zaistniałą sytuację, gdyż już od dłuższej chwili nasłuchiwał, próbując wyłapać drobne odgłosy z otoczenia. Przyśpieszył, kierując się blisko miejsca, w którego wrzask został nadany.

Zwolnił i zaczął okrążać interesujące go miejsce z niebywałą dokładnością. Po krótkiej chwili dostrzegł nieznaną mu rybę, płynącą w jego stronę. Rozcinała ona wodę z przerażającą szybkością, cała przedstawiając jednolity obraz strachu. Kiedy tylko jej oczom ukazał się Tenebrae, krzyknęła:

– Uciekaj!

Brae jednak uciekać nie zamierzał, wprost przeciwnie: próbował powstrzymać rybę i wyciągnąć od niej cenne informacje, co tu robi, czemu ucieka i najważniejsze – przed kim. Przerażony koi jednak totalnie zignorował starania Tenebrae, wprawiając go w złość i niedowierzanie, oraz płynął w kierunku wyjścia z Mrocznej Puszczy. Mimo wszystko należą mu się oklaski za niezgubienie orientacji w terenie w obliczu niebezpieczeństwa.

– Zatrzymaj się – zabulgotał poirytowany, gdy tylko wypłynęli spomiędzy roślin. – Jeżeli coś cię goniło, to prawdopodobnie i tak wypłynie poza obszar Puszczy.

Nie były to najlepsze słowa, jakimi można uspokoić karpia. Ryba w zgodzie z tym rozumowaniem zamierzała uciekać dalej, jednak Brae uderzył ją ogonem. Koi wydawał się odzyskiwać trzeźwość oceny sytuacji.

– Słuchaj – Jitong był zażenowany jego zachowaniem i nie zamierzał tego ukrywać. – Powiedz, co się dzieje.

– Ee… No… – widocznie miał się wypowiedzieć na ten temat, gdy dopłynęła do nich Romelle.

– Ty tutaj? – Brae z niedowierzaniem opłynął ją dookoła. – I jak? Misja naskarżenia Alfie się udała?

Czuł podziw, który jednak zdołał zamaskować zdziwieniem. Nie dość, że samica całą akcję przeprowadziła w rekordowym tempie, to nie zostawiła całej sytuacji w płetwach Alfy i postanowiła zjawić się osobiście. 

– Nie było jej – odparła, przez co część szacunku i niedowierzania Brae'a znikła. – Kto to jest i co się stało z Tym Karpiem?

– Poznaj Krzykacza – Tenebrae wypowiadał kolejne słowa z coraz większym spokojem. – Jakkolwiek jego prawdziwe imię brzmi, bo nie życzył się przedstawić. W każdym bądź razie wydarł się, i właśnie przerwałaś mu w tłumaczeniu się, Jakim Cudem Śmiał Złamać Zakaz Wielkiej Alfy.

Chociaż ostatnie zdanie z głębokim politowaniem, nie zrobiło to dużego wrażenia na Romelle. Koi nadał obserwowała nieznajomego, będąc w głębokim zamyśleniu.

– Słuchajcie – nieznajomego karpia ogarniał coraz większy niepokój. – Odsuńmy się od tej lokalizacji, bo, naprawdę, zaraz możemy stracić płetwy.  

<Romelle?>

12 sierpnia 2021

Od Romelle CD. Tenebrae - "Tenebrae miał wątpliwości" cz.2

Mianem burzy określamy gwałtowne zjawisko meteorologiczne, któremu towarzyszą obfite opady deszczu, silne wiatry oraz intensywne wyładowania atmosferyczne, często katastrofalne w skutkach. Powszechnie wiadomo, że występują one jedynie na powierzchni. Nawet Romelle, znana ze swojej nietuzinkowej zdolności do podważania rzeczywistości, nigdy nie poddawała tego wątpliwości… a przynajmniej nie do momentu spotkania aktualnego Jitonga ławicy.

Obserwując całą scenę z daleka, niemal każdy mógłby wywnioskować, że lekko mówiąc, nie był on w dobrym humorze, a z każdym następnym słowem wypowiedzianym przez Medyczkę błękit jego oczu coraz bardziej przywodził na myśl objęty sztormem ocean. Z tą różnicą, że o ile wzburzone fale mogłyby co najwyżej oddalić ją od grupy i delikatnie poobijać, tak niebieskooki sprawiał wrażenie jakby rzeczywiście, gdzieś w środku rozważał wydłubanie jej oczu.

Niestety karpica nie kwalifikowała się do grona „niemal wszystkich”. Nie potrafiła dostrzec oczywistych dla innych sygnałów. Nie przejmowała się pełnym nienawiści wzrokiem nieznajomego. Nie bała się wyrażania swoich poglądów, nawet jeśli groziło jej za to oberwanie od rozmówcy. Często zdarzało jej się przekroczyć pewną granicę w kontaktach z pozostałymi członkami ławicy, a wtedy sprawy rozgrywały się różnie.

W skrócie integracja z rówieśnikami nigdy nie była jej mocną stroną, lecz jedno było pewne, do niczego, nie licząc swojej pracy, nie przywiązywała tak wielkiej wagi, jak do ustalonych i praktykowanych od całych stuleci zasad. Z tego również powodu, zamiast sunąć dalej w poszukiwaniu jakiegoś twórczego zajęcia, zdecydowała się zwrócić uwagę na położenie Tanabreaya. Tenabrea? Tunedreya? Tyn- nieważne. W tamtej chwili nazwisko samca nie miało najmniejszego znaczenia, sama Romelle nie przejmowała się tym, pod jakim przydomkiem była znana, on jednak zdawał się obierać pod tym względem skrajnie inne stanowisko. Po usłyszeniu najprawdopodobniej błędnej formy swojego imienia jego wściekłość dwukrotnie przybrała na wadze. Brązowooka zaczęła zastanawiać się, czy aby na pewno odgłos tykania zegara, który rozległ się w jej głowie, był jedynie projekcją jej mózgu i w przypadku negatywnej odpowiedzi, ile czasu minie, zanim potężna eksplozja spowodowana nadmiarem negatywnych emocji znajdujących się w organizmie Jitonga, zakończy jej żywot.

Nic takiego się jednak nie stało, toteż postanowiła kontynuować temat.

— Bez znaczenia kim jesteś, nikt bez zgody Alfy nie ma prawa przebywać w granicach Mrocznej Puszczy — oznajmiła, ignorując pełne pogardy prychnięcie, które wydostało się z jego pyszczka po wypowiedzeniu przez nią słów o przywódcy.

— Jeśli chcesz poskarżyć się na mnie Alfie — droga wolna. Nie zależy mi ani na jej względach, ani Donosicieli twojego pokroju.

Mimo zapału, z jakim wyrzucał z siebie słowa, nie zabrzmiało to zbyt prawdopodobnie. Niechęć do władcy była całkowicie zrozumiała, nieważne jak bardzo osoba rządząca starałaby się poprawić jakość życia podlegającej jej społeczności, zawsze znajdowała się choć jedna persona mająca ją w głębokim poważaniu. Ale nie o to chodziło. Karpica szczerze wątpiła w to, że ktoś nie miałby absolutnie nic przeciwko spędzenia pewnego okresu w zawieszeniu. Poddając się rozmyśleniu, dopiero po chwili dotarło do niej, jak została nazwana.

— Dla twojej wiadomości, nie jestem Donosicielem.

— Więc tym bardziej powinnaś mieć co innego do robienia.

Chcąc nie chcąc brązowooka musiała przyznać mu rację. Informowanie Akhifer o nieposłuszeństwie w ławicy nie należało do jej czołowych zadań, jednak z drugiej strony była Medykiem, jeżeli podczas wędrówki po Puszczy samiec odniósłby jakieś większe obrażenia, zakładając, że udałoby mu się wrócić w jednym kawałku, potrzebowałby pomocy doświadczonego lekarza, a to z kolei była jej funkcja.

Już miała zamiar odpowiedzieć, słowa same układały się w jej głowie gotowe zmaterializować się w postaci trafnej riposty. Zamiast niej obu rybom dane było usłyszeć głośny, nienaturalny krzyk, niewątpliwie należący do jednego z mieszkańców ławicy. Nie trwał długo. Ucichł, a przez następne kilka potwornie długich sekund świat spowiła niemal namacalna cisza, aby wkrótce wszystko wróciło do normy. Ponownie wokół rozbrzmiały rozmowy, śmiechy, brzdęk metalu mieszał się z naturalnym szumem wody. Niektórzy wyglądali na zaniepokojonych, lecz w ostateczności z powrotem zajęli się swoimi sprawami. Może niedosłyszeli. Może zignorowali wrzask, twierdząc, że ich nie dotyczy. Jak przyjemne może być życie z dala od problemów. Ale to wystarczyło, by pewna czarno-biała istota porzuciła wszystko, czym się w tej chwili zajmowała. Dotychczas prowadzona przez nią rozmowa z karpiem nagle wydała jej się niebywale nieużyteczna i bezcelowa, pędząc przed siebie, nie potrafiła nawet znaleźć dobrego powodu, dla którego w ogóle zwróciła na niego uwagę. Taka właśnie była. Względny spokój, który jej towarzyszył podczas pracy, był jedynie iluzją. Świadomość, że życie obcych osób zależy od jej czynów i wiedzy dostarczała jej niemałych pokładów adrenaliny, a jednocześnie zabijała ją od środka. Nikt nie chciałby być odpowiedzialny za śmierć drugiej jednostki. Nikt nie chciałby oglądać bólu rodzin po stracie swoich ukochanych. Przypadki śmiertelne zdarzały się wyjątkowo rzadko, wiedziała o tym, a mimo to każdy pojedynczy krzyk sprawiał, że krew znajdująca się w jej wnętrzu zaczynała płynąć szybciej. Otaczający ją świat momentalnie przestawał istnieć, jej organizm przypominał wówczas mechanizm, który pod wpływem różnych czynników zewnętrznych aktywował w niej jeden, jedyny tryb – przetrwanie.

Zawód, który sobie obrała, nie był jedynie częścią jej życia, stanowił jej piętno, wraz z podjęciem kariery na jej ciele pojawiła się niewidzialna blizna, która zdawała się krwawić za każdym razem, gdy komuś działa się krzywda, a mimo tego Romelle nie wyobrażała sobie wyzbycia się niej.

<Ktoś?>

10 sierpnia 2021

Od Brae'a - "Tenebrae miał wątpliwości" cz.1 [13+]

Tenebrae miał wątpliwości, co do właściwości wyboru ścieżki życiowej. Niepewnie zamachnął płetwami, gdy przypomniał sobie moment, w którym postanowił zostać Jitogniem. Kiedy zrezygnował z podstawowego wychowania na rzecz rozszerzonego. Ale wtedy nie wiedział. Myślał, że to dobra decyzja. Że potrzebuje jakiegoś wyzwania. 

Nie zrozummy jego odczuć źle – nic do tej pracy nie miał. Robota, jak każda. Zadanie do wykonania. Każda ryba wykonuje coś dla ławicy, a potem starania nakładają się na całość. Problem pojawia się w momencie, kiedy Brae przypomina sobie, że występują u niego omamy. A w zasadzie kiedy one przypominają o sobie. Skąd on właściwie ma wiedzieć, czy nie wymyślił sobie rady smoka? 

To następowało stopniowo. Zaczęło się niewinnie, od problemów z koncentracją i osłabieniem zainteresowania. Nie zwracał na to uwagi, zrzucając winę na kiepską sytuację rodzinną. Z czasem jednak, krok po kroku, dzień po dniu, aż w końcu rok po roku dochodziło do tego wiele niepokojących rzeczy. Pierwsze przewidzenie pojawiło się jakiś czas temu. To było tuż przed zakończeniem nauki. Nie miał innej możliwości. Nie mógł zrezygnować. Przecież nie wiedział, że to będzie się powtarzać. Ale jego nieżyjąca matka wydawała mu się w tamtej chwili taka realna… Przypomniał sobie, jak potem szukał jej przez następne tygodnie, a co jakiś czas słyszał jej głos. Głos, który go wołał. Wzdrygnął się. 

Będzie coraz gorzej. Jest coraz gorzej. Wiedział to. W końcu całkowicie zbzikuje.  

Potrząsnął głową z chłodnym niedowierzaniem. Jego płetwy zafalowały. Rozpamiętywanie takich głupot nic nie da, a wprost przeciwnie: zacznie się martwić, co przeniesie się na efektywność jego pracy. W końcu jak inaczej ma zostać smokiem? Jitong to jedyne stanowisko, na którym jest z nimi tak blisko. A w zasadzie z nim: Pierwotnym Koi No Ryuu. Pierwszym karpiem, jakiemu udało osiągnąć się ten boski stan. 

A on może być następnym smokiem. Wystarczy tylko przyłożyć się do pracy. I nie zbaczać z kursu.

Westchnął, i popłynął w stronę Rogatych Stworów z Kamienia. Woda stawała się coraz ciemniejsza, gdy światło z powierzchni zanikało w mrocznych odmętach toni. Kamienne figury unosiły swe potężne płetwy w górę, sprawiając wyniosłe, choć – jak na odczucia Brae’a – mroczne wrażenie. Tenebrae obdarzył je nieobecnym spojrzeniem, zastanawiając się, czy i tym razem wzrok spłata mu jakiegoś figla. Nic się jednak nie wydarzyło. Korale tylko lekko falowały, niesione podmuchami wody. Wydawały się tańczyć do jakiejś przedziwnej melodii. Piasek unosił się raz po raz, rozproszoną chmarą, gdy Zbieracze usiłowali wyłuskać z dna zagubione kosztowności, przekrzykując siebie nawzajem. Dobrze się bawili. Różne ryby, które znał z widzenia, rozmawiały się i śmiały ze sobą nawzajem, dzieląc najnowszymi nowinkami. Niektóre, podobnie jak on, przepływały w cieniu roślin, aby ukryć się przed spojrzeniem innych. Czasem jednak zostawały zauważane i wołane przez znajomych, przez co chcąc nie chcąc, dołączały do grupek. Współczuł w duszy tym introwertykom. Na szczęście on nie miał przyjaciół. Rozpoznawał również najmłodszych członków społeczności, beztrosko ścigających się, nie zważając, iż wiele dorosłych, potrąconych karpi obdarza ich nieprzychylnymi spojrzeniami. 

Pewnie niektórzy poczuliby się samotnie. Ale Tenebrae nie należał do niektórych.

Chociaż nie samotność, ogarniało go poczucie znużenia. Przystanął i spokojnie kalkulował, próbując przewidzieć następne ruchy ryb. Wnioskował ich prawdopodobne zachowanie, próbując zdać się na instynkt. Kiedy jednak koralowa samica, zamiast popłynąć w prawo, skręciła w lewo, Jitong zmienił zdanie i wyznaczył sobie za cel poszukać innych wrażeń. Przynajmniej jakichś, które z powodzeniem odciągnął jego myśli od nieprzyjemnych spraw. Lubił zapominać. To, że nie pamiętał, było najlepszym usprawiedliwieniem na wszystko.

Czemu nie miałby zapomnieć o zakazie wpływania do Zabójczej Puszczy? Wiedział, że właśnie z takich pomysłów wynikają kłopoty. Och, jak on dobrze o tym wiedział. Ale mógł zapomnieć. Przyznać się przed samym sobą, że ma słabą pamięć. 

Jednak wydawało mu się głupie, aby ryzykować dla samej chęci obalenia rutyny. Gdyby ryby miały powieki, Brae zapewne zmrużyłby oczy. Mimo wszystko mógł popatrzeć. Obejrzeć nikt nie zabroni, prawda? Nawet jeśli wejdzie do puszczy, pokaże tym czynem Alfie, że nie każdy jej słucha. Westchnął. Denerwowała go. Nie lubił tego typu skromnych ryb, które nie chcą wykorzystać szansy od życia. Fakt, że została ,,wybrana” irytował go i wyprowadzał z równowagi. Starał się być spokojny w każdej sytuacji. Tylko czasem o tym zapomniał. 

Popłynął, starając się wyglądać naturalnie. Jak gdyby był to kolejny dzień. Jakby był jednym z tych ułożonych koi, które potulnie pływają w kółko i zapisują największe dokonania Ak… Ak… Akhfiner, czy jak jej tam. Nie mogła mieć łatwiejszego imienia?

Przybliżył się do powierzchni wody. Jego czarne łuski mieniły się, a biały ogon połyskiwał srebrem. Widział rozmytą łódkę w oddali, oraz siedzących w niej, gawędzących ludzi. Wciągnął głęboko wodę do skrzeli, a następnie wziął wydech. Miał ochotę pokonać tą barierę wody, ale nie chciał ryzykować. Nie zamierzał wystawiać na próbę swojej umiejętności oddychania poza wodą. W ciszy wrócił na średnią głębokość zbiornika, po czym poświęcił chwilę na obserwację długich łodyg roślin.

To była Mroczna Puszcza. Więc dotarł na miejsce. Brae’owi wydawała się piękna, nie straszna, i to nie tak, że nigdy w niej nie był: za czasów młodości nawet wszedł do niej kawałek (i jeszcze większy kawałek uciekał, gdy prawie pożarł go drapieżnik). Po prostu wydawało mu się, że widzi ją po raz pierwszy. Nie straszną, a tajemniczą. Nie niebezpieczną, a spokojną. Z uwagą obserwował gęsto rosnące ziela. Każde z nich próbowało przebić się przez pozostałe. Ich długie, liczne cienie dawały wiele do myślenia. Tak trudno było odróżnić  je od prawdziwych roślin…  

Woda zadrżała. Prędko odwrócił się, gdy zdał sobie sprawę, że ktoś do niego przepłynął. W pierwszym odruchu chciał uciec, obawiając się, że to wróg. Już po chwili rozpoznał kształty ryby, przez co zatrzymał się w miejscu. Z ulgą powrócił do swojej poprzedniej pozycji, biorąc sylwetkę za swoje wymysły. 

— Przepraszam?

No dobrze, widocznie to była prawdziwa ryba. Tenebrae nigdy wcześniej nie słyszał nieistniejących dźwięków. O ile nie był to pierwszy raz, należałoby odpowiedzieć. A jeżeli był, zacząć się niepokoić. Po raz kolejny westchnął, uświadamiając sobie, że jego myśli znów krążą wokół… wady. Jakkolwiek to nazwać.

— Co? — z umiarem miłości, a w zasadzie jej brakiem, odpowiedział, próbując przypomnieć sobie imię ryby. Wizerunki mieszały mu się ze sobą nawzajem, i chociaż pewny, że wcześniej widział już ów postać, miano nadal pozostało mu nieznane. Ach, jak on lubił zapominać. Ale nie w tym momencie!

— Płetwą i ogonem stoisz w Mrocznej Puszczy, do której mamy zakaz wchodzenia.

Brae prychnął, oburzony drobiazgowością karpia. Jednak nie przesunął się 

— Spływaj. Nie zamierzałem tam wchodzić. 

Kłamał. Ale zapomniał, że kłamać nie powinien. Jeżeli ten koi nie doniesie Akfhie, to wszystko będzie dobrze. Ah… Ak… Jak ona się do cholery nazywała? — pomyślał Brae.  — I jak nazywało się to… coś.

— Imię? — spytał, próbując zaspokoić swoją ciekawość. Obstawiał Ramelline. Hm, ona chyba się inaczej nazywała.

Kurde — znów pomyślał. — Oni nie mogli jakoś normalniej się nazywać? Jako jedyny mam normalne imię. Serio, to już męczące. 

—A ty to… Tanabreay?

Zaraz zatopi tego skurwiela.

<Ktoś?>