7 kwietnia 2022

Od Akhifer - "Nadzieja rozpływa się w wodzie" (Labirynt cz.4)

Samotność wreszcie zaczęła doskwierać podróżującej po krętych korytarzach Akhifer. Samica coraz częściej mówiła do siebie, prowadziła całe rozmowy, wykłócając się, która ścieżka jest najlepsza i czy ten konkretny kamień należy zaliczyć do punktów orientacyjnych, czy przypadkiem nie wygląda zbyt podobnie do pozostałych. Strażniczka nawet nie zwracała na to uwagi, gdyby ktoś ją przyłapał, na pewno co najmniej cieszyłby się, że nie jest zupełnie sam w tych podziemiach, więc nie było czym się przejmować. Najważniejsze, żeby nie oszalała w zupełności, nie stworzyła sobie zmyślonych przyjaciół i nie zaczęła nawalać głową o kamienie. Wtedy dopiero byłoby wiadomo, że potrzebuje psychiatry, o ile nie powinna zostać zamknięta w psychiatryku, by nie robić sobie krzywdy. Ale teraz tylko gada. To nie powód na psychiatryk. Może co najwyżej psychiatry. No bo po co ma iść do psychiatryka? To tylko mówienie do siebie, to nic złego, przecież nie widzi wcale przed sobą swojej ukochanej siostry, której nie widziała w sumie od lat.

A może jednak widzi?

Mignęły jej przed oczami czerwone łuski. A może nie mignęły? Podpłynęła sprawdzić, ale nic nie zauważyła. Może jej się zdawało? Przecież widziała ruch! Widziała czerwone łuski, w tym samym kolorze co czasami niebo, gdy słońce już zachodzi. One zawsze były takie piękne. Nie pomyliła by ich z jakimiś marami. A może by pomyliła? W końcu tak długo się nie widziały. Na pewno by się ucieszyła, gdyby to faktycznie była jej siostra. A co, jeśli to nie była ona? Może to tylko jakaś kolejna szkarada gotowa rozerwać ją na strzępy swoim pyskiem. Nie, to musiała być siostra! Bo siostra nie zrobi krzywdy i to też nie zrobiło. Nie, nie, nie. Coś tu się nie zgadza.

Popłynęła korytarzem, gdzie skierowały się czerwone łuski. Tak! Teraz widzi. Czerwone łuski i takie śliczne, brzoskwiniowe płetwy. To siostrzyczka! To Miyona! Ale skąd ona tutaj? Ferka by wiedziała, gdyby jej ukochana siostrzyczka postanowiła się wybrać do podziemi. Co prawda nie utrzymywały już bliskiego kontaktu, ale Akhifer wiedziała o ważnych decyzjach swojej siostry. Z pewnością nie pominęła by czegoś takiego jak wyprawa, z której by już nigdy więcej nie wróciła. A może by pominęła... W końcu tak dawno się nie widziały. Mogła zrobić się między nimi przepaść, tak wielka, że żadna by jej nie zdołała przepłynąć. Ale przecież jeszcze niedawno pisała nawet o koi, który jej się podobał! Powiedziałaby o wyprawie.

Akhifer płynęła dalej.

Mignęła jej znowu brzoskwiniowa płetwa. Brzoskwiniowa z czerwonym paskiem, bo Miyona miała bardzo wyjątkowe ubarwienie. Z pewnością to nie było jakieś inne koi, tylko właśnie siostrzyczka. Może ewentualnie jakiś stwór mimikujący najbliższych, ale ten to z pewnością by już skrzywdził karpicę. A te płetwy nie krzywdziły. Ferka tak bardzo się cieszyła. Wreszcie zobaczy swoją siostrzyczkę! Wreszcie spotkają się twarzą w twarz i pogadają jak za dawnych lat, kiedy jeszcze Akhifer nie została jakąś tam alfą i mogła zachowywać się normalnie. Tak bardzo by chciała to zrobić. Ale nie mogła nadążyć za siostrą, była zbyt szybka. Oczywiście. Miyona zawsze była szybka, szybciutka jak górski strumyk i tak samo wesoła i sprawna. Akhifer w życiu by jej nie dogoniła, nieważne, ile czasu by poświęciła na  jakieś tam treningi czy latanie od rybki do rybki i załatwianie spraw.

Do siostrzyczki trzeba było zawołać!

– Miyona, czekaj! To ja!

Okrzyk radości odbił się echem po kamiennych skałach, ale nie uzyskał odpowiedzi. Czyżby Miyonka bała się, że to wcale nie jej siostra, tylko jakaś zmora maszkara, która przyszła ją nękać? Nie! Tak nie mogło być. Akhifer musiała ją jakoś przekonać. Popłynęła szybciej, tuż na rozwidleniu dróg zdążyła przyuważyć swoją siostrę, jak płynie beztrosko do przodu. Czerwone łuski zabłysły światłem od kryształu, jaki znajdował się przy wlocie do korytarza. Czerwone łuski, brzoskwiniowy ogon z paskiem i czekoladowe oczy, z dziecięcą beztroską patrzące na świat. Zupełnie jak za dawnych czasów. Zupełnie tak, jak kiedy były we dwie narybkiem, radośnie pluskającym się w górze rzeki. Taki piękny widok, który uciekał przed Akhifer, jakby nie chciał jej znać, albo wcale jej nie słyszał. Czyżby Miyona ogłuchła? Może tak. Co prawda nic o tym nie wspominała w swoim ostatnim liście, ale może nie chciała martwić siostry, która i tak miała sporo do roboty. Ale teraz mogły się spotkać! Tylko trzeba było ją dogonić. Przynajmniej siostrzyczka nie płynęła tak szybko, jak spokojnie byłaby w stanie. Jeśli Ferka się postara to jeszcze ją złapie.

Przyspieszyła.

Tak! Widziała brzoskwiniowy ogon tuż przed sobą, gdy skręciła na zakręcie. To była ona! Miyona! Siostrzyczka! Pewnie głucha, bo wcale nie reagująca na obecność Akhifer. Strażniczka wyciągnęła płetwę, żeby zaczepić siostrę. One lubiły się tak straszyć, więc pewnie nawet w tym labiryncie siostra nie będzie miała z tym problemu. Trochę się naburmuszy, trochę fochnie na chwilkę, a potem zacznie się śmiać i doceni obecność siostry. I zaczną sobie opowiadać o tym, co przeżyły, zaczną żartować, dalej popłyną razem, skrzela w skrzela, i będą wspólnie odkrywać tajemnice labiryntu. Bo co dwie to nie jedna! Akhifer radośnie chwyciła za płetwę ogonową siostrzyczki.

Halucynacja rozmyła się pod wpływem dotyku i Akhifer znów została sama. Tym razem nie mając nawet pojęcia, dokąd popłynęła.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"W korytarzu, którym musisz przepłynąć, płynie silny prąd spychający Cię do tyłu. Jeżeli Twoja wytrzymałość wynosi >6, możesz (z trudem) płynąć prosto do przodu. W innym wypadku musisz skorzystać z wystających ze ścian kamieni."

Od Akhifer - "Golem z kamienia" (Labirynt cz.3)

Od czasu obozowiska na białych Deorsonspersa Caverna Akhifer obiecała sobie nie wykorzystywać całych swoich sił, by zrobić jak największą odległość. Pewnie i tak była całkiem daleko z powodu braku jakichkolwiek przygód. Ta komnata, do której właśnie trafiła, była dopiero drugą w jej części labiryntu. Tym razem była niestety mniejsza, więc koi nie spodziewała znaleźć niczego szczególnego. W końcu ledwo znalazła łąkę, jeśli ma takie problemy znaleźć cokolwiek interesującego, to niby na co ma liczyć w takiej komnacie.

A jednak znalazła.

A raczej to znalazło ją.

Zgrzyt kamieni słyszała już od dłuższego czasu. Ruchy wody były dziwnie nieregularne, ale nie zwróciła na to uwagi. Zrzuciła winę na masę otworów w ścianach, zbyt małych, by koi mogło nimi przepłynąć. Nie miała pojęcia, co czai się w czeluściach komnaty i według niej nie musiała wiedzieć, bo na pewno nie było to nic ważnego. Strach zaczął kłuć w jednokomorowe rybie serduszko dopiero gdy zgrzytanie kamienia o kamień zaczęło się zbliżać do karpicy zamiast się od niej oddalać, tak jak nakazywała logika. Z kolei nowa logika mówiła, że jeśli dźwięk się zbliża, to jego źródło się przemieszcza i prawdopodobnie ją goni. Strażniczka zaczęła się rozglądać w nadziei, że jak najszybciej dojrzy to, co płynie (idzie? Pod wodą nigdy nie wiadomo, czy to coś pływającego, czy pełzającego po podłożu), choć z drugiej strony naturalne instynkty kazały jej uciekać. W końcu to normalne, jak czegoś nie znamy, nawet tego nie widzimy, tylko słyszymy, to czujemy potrzebę uciekać. To pozwala przetrwać wszystkim zwierzętom na ziemi.

Akhifer jednak nie uciekała. Rozglądała się, wytrzeszczała gałki oczne, próbując dojrzeć dziwne zjawisko w półmroku, jaki wyjątkowo panował w tej jaskini, a jednocześnie tylko cofała się do tyłu, powoli i niezwykle ostrożnie. Dopiero gdy wielka kamienna ryba z rozpędu próbowała ją ugryźć, alfa uskoczyła na bok, unikając twardego dzioba.

– Co do licha?! – wrzasnęła, oglądając rybiego golema, jak zawraca bardzo szerokim łukiem i ponownie na nią szarżuje.

– No tak... Chciałam przygody to mam przygody – sapnęła, po raz kolejny uskakując na bok.

Koi znowu zatoczyło spory łuk, zanim skupiło się na intruzie. Wystarczyło tylko odrobinę bystrości, by zauważyć, że ten golem wcale jakiś giętki nie jest. Na pewno radził sobie gorzej niż przeciętna rybka, a co dopiero Akhifer, która stara się od czasu do czasu ćwiczyć, by utrzymać trzeźwość umysłu. To był atut żywego karpia.

Strażniczka tylko uskakiwała w bok za każdym razem, gdy kamień ją atakował. Tylko że raczej on się nie zmęczy, a ona ma mięśnie i jej to grozi, czego już zdążyła podczas tej wycieczki doświadczyć. Kolesia trzeba było się jakoś pozbyć.

Póki co jedyne, co zdołało wpaść jej do głowy, to wykorzystanie otoczenia przeciwko wrogowi. Nie mógł szybko skręcać, więc przed ścianą nie wykręci - o ile jest na tyle głupi, żeby płynąć z pełnej prędkości prosto na koi tuż obok ściany. Spróbować nie zaboli. Albo zaboli. Albo zabije. W sumie licho wie, jak zginąć to przynajmniej w walce, jak na wojsko przystało, a nie grzecznie stojąc na odstrzał (czy na pogryzienie w tym wypadku). Walić to.

Alfa ruszyła schować się pod ścianą, zanim golem zdoła zawrócić i znowu za nią popłynąć. Otoczenie stało się zamazane, serce waliło w małej klatce piersiowej jak młoteczek, napędzane paliwem strachu. Chociaż wiedziała o tej możliwości, Akhifer wcale nie chciała umrzeć. To nie wchodziło w rachubę.

Odczekała pod kamienną ścianą na nadpływającego koi, spinając mięśnie do ucieczki. Skupiła się bardziej niż kiedykolwiek na lekcjach sztuk walki. W końcu groziła jej śmierć, a nie tylko kilka siniaków i ochrzan od nauczyciela. Śmierć jest świetnym motywatorem. Fioletowe oczy obserwowały uważnie każdy ruch skalnego golema, odliczając sekundy do zderzenia.

Jeszcze chwila.

Jeszcze moment.

Już!

Ferka odpłynęła w bok w ostatnim momencie, gdy golem sięgał już swoim kamiennym pyskiem jej płetw. Nie będąc w stanie wyhamować, stwór uderzył w ścianę z całej siły, jaką wykorzystał do gonienia Strażniczki. Fala wody odepchnęła Akhifer na bok, rozległ się ogłuszający huk. Z początku ogłupił karpicę, nie wiedziała, co się dzieje i tylko płynęła do przodu, z dala od miejsca zdarzenia, w razie gdyby to coś próbowało ją jeszcze pogryźć.

Ale niczego nie było. Żadnego grzechotania kamienia, żadnego ruchu wody. Wreszcie postanowiła się zatrzymać i rozejrzeć. Cisza. Nic. Golema ni śladu. Powoli wróciła na miejsce spotkania. Rozglądała się. Co za niespodzianka; gruz z golema leżał pod ścianą, drżący groźnie, gotowy podnieść się w każdej chwili. Akhifer nie czekała na tą chwilę. Wypłynęła z komnaty, notatki pisząc w pośpiechu, bez ładu i składu. Później się uporządkuje. Przed nią była kolejna masa korytarzy.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"Zaczynasz widywać swoją rodzinę w korytarzach. Coraz ciężej Ci rozróżnić halucynacje od rzeczywistości."

5 kwietnia 2022

Od Nirimi - "Światło, Lustro i Kula, czyli przełom rybiej astronomii" (Labirynt cz.1)

Ostatnio cały Zbiornik żył wieściami o tajemniczych jaskiniach. Nirimi nigdy nie paliła się do takich przygód, ale to co o tym miejscu opowiadali inni coraz bardziej ją ciekawiło. Fakt, że mogła dowiedzieć się o tym miejscu więcej niż inni kusił bardzo. I wygrał. Tak więc koi spakowała do torby spory zapas jedzenia, Podręczną Encyklopedię Roślin Jadalnych (na wypadek, gdyby takie spotkała na swojej drodze, a kończyłyby się jej zapasy) oraz sporo kawałków kory do robieniach notatek.  

Czarno-biała koi płynęła dość wolno. Zapisywała punkty orientacyjne, dla siebie i innych.  Tunele którymi płynęła, były zawiłe i kręte. Powierzchnia ich ścian była, nierówna, chropowata. Zazwyczaj karpica mogła płynąć w nich normalnie, czasami jednak ledwo się mieściła. Dotychczas nie znalazła żadnej większej komnaty, nie robiła więc postoju. Mimo że wyczucie czasu straciła już dawno, poczuła senność. Ku jej szczęściu przed nią znajdowała się spora przestrzeń. Koi usiadła na płaskim kamieniu i poczęła sporządzać notatki o tym miejscu.  

Nad jej głową znajdowała się bańka powietrza, o dziwnym smaku i zapachu. Podłoże jaskini było dość gładkie, zrobione z ciemnego kamienia. Jakimś cudem w tym miejscu istniało życie- giętkie, cienkie glony o długości około pięciu centymetrów, rosły w sporych kępach tuż obok młodej podróżniczki. Brzegi glonów były faliste a cała roślina była w kolorze brudnej zieleni. Na wodoroście istniały również jasne, świecące bladym światłem kropki- najprawdopodobniej reakcja chemiczna. Koi przejrzała swoją książkę, ale, nie znalazła nic na temat osobliwych glonów, tak więc zamiast nich spożyła jedną ze swoich racji żywnościowych. Oczywiście, dawkowała je by starczyły jej na jak najdłuższy czas. Po zregenerowaniu energii, Szamanka ruszyła dalej. Korytarze zaczęły się zwężać, na szczęście ciągle mogła płynąć dalej. Po pewnym czasie dopłynęła do miejsca, gdzie dalsza droga nie była aż tak oczywista.

W szarej, kamiennej ścianie widniały trzy tunele, nad nimi zaś- trzy różne symbole. Pierwsze było miniaturo światło świecące bladym blaskiem. Druga była kula, lekko wystająca ze ściany. Trzeci symbol przedstawiał srebrną powierzchnię na planie małego koła, odbijającą światło. Koi podpłynęła bliżej, uważnie badając wzrokiem każdy z tuneli. Po chwili oględzin wpłynęła do tunelu kuli. Tunel, którym płynęła był dość krótki. Na jego końcu zaś widniała kolejna ściana z trzema tunelami i symbolami. Karpica niepewnie wpłynęła w kolejny tunel, tym razem z symbolem lustra. Na jego końcu poczuła, że zaraz chyba straci dech. Kolejna ściana z trzema korytarzami. Ostrożnie wróciła się po swoich śladach do drugiego rozwidlenia. Tym razem wybrała maleńkie światełko, umiejscowione nad tunelem po lewej. Gdy tunel się skończył, odkryła ważną rzecz. Mianowicie, ściana przed nią była pokryta dziwnym osadem w kolorze khaki. Jak dotąd nie zarejestrowała go na żadnej ze ścian. Oznaczało to więc że właśnie powoli wpływała w gigantyczny labirynt. Szamanka machnęła płetwą i wolno wróciła do punktu wyjścia.

Labirynt trzech symboli i korytarzy. Takie zyskała miano w jej notatkach ta przeszkoda. Koi lustrowała wzrokiem ścianę, szukając wskazówki lub ukrytego mechanizmu. Jej oględziny przerwał głos innej ryby. Karpica spokojnie odwróciła się, i okazało się, że nie miała się czego bać.

Przybyszem okazała się druga ryba koi. Opalizujące łuski błyszczały jasno mimo słabego światła. Płetwy karpicy były złote, długie i welonowe. Oczy samicy również przybrały barwę tego szlachetnego kruszcu. Podróżniczka skłoniła głowę błyszczącej koi.  

-Szukasz odpowiedzi na labirynt światła, lustra i kuli?- zapytała, jednak nie czekała na odpowiedź biało-czarnej ryby- 

-O rozwiązanie tej zagadki pytało mnie już wielu, młoda żyrafo bieli i czerni- mruknęła. Nirimi oczywiście nic z tych poplątanych słów nie zrozumiała. Zamiast jednak pytać skupiła się, bowiem złota przybyszka znowu zaczęła mówić- 

-Wyobraź sobie, dziecię jasnej toni, światło, które jest odbijane przez lustro. Wyobraź sobie kulę połączoną, ze światłem i lustrem. Połączoną, jednak oddzielną. Nasz świat wiruje, kula wiruje, lustro też, ale, światło nie. Światło to kula, kula to kula, lustro to kula. Światło świeci na kulę i lustro. Lustro odbija światło i świeci na kulę. Zapamiętaj to moja droga- biało-czarna koi zmarszczyła brwi. Co to ma znaczyć? Zagadka? Rozwiązanie? Jak dobrze, że to zapisała, nieznajoma pewnie drugi raz nie powtórzy...  

Koi podziękowała złotej skinięciem głowy. Następnie raz po raz czytała linijki tekstu, to patrzyła na ścianę o trzech symbolach.  

-Masz dla mnie jeszcze jakieś wskazówki?- zapytała nie odwracając się. Cisza. Westchnęła i tym razem zaprzestała oględziny. Pusto. Złota karpica ulotniła się bez śladu, zostawiając ją samą. Nirimi skupiła się. Trochę jej to zajęło, ale, w końcu zrozumiała o co tu biega. Dokładniej- zrozumiała to rysując w jednej ze swych notatek prowizoryczny rysunek, przedstawiający jej interpretację słów złotej samotniczki. Mimo swojej prostoty, pokazał jej coś zupełnie nowego i odmiennego. I może większość uznałaby, że to po prostu zwykły wierszyk a oni nie mają czasu na głębsze zastanowienie się nad sensem tych słów. Nirimi jednak szukała w nich głębszego sensu, odbicia na świecie realnym. Jak się następnie okazało, ten tok myślenia był słuszny.  

Koi zużyła na rozwikłanie tej zagadki sporo czasu. Rysowała rysunki, pisała do nich opisy, czytała wiersz złotej podróżniczki oraz eksplorowała korytarze, poruszając się zgodnie ze wskazówkami zawartymi w tekście. Nie skupiała nad tym całej swojej uwagi- po prostu co jakiś czas posuwała się dalej. Nocowała w korytarzach, bo nie zamierzała na razie się cofać. Na kawałkach kory rysowała i pisała, odwołując się do pewnej zbieżności, którą niedawno odkryła. Mianowicie księżyc i słońce, które obserwowała spod tafli wodnej wydawały się idealnie pasować do opisu światła i lustra. Tłumaczyłoby to również czemu słońce wędruje po niebie a księżyc ma fazy.  

Czarno-biała po pewnym czasie z zaskoczeniem odkryła, że korytarze po prostu się skończyły. Odetchnęła z ulgą. Cały wiersz przeszła już dwa razy, zaczynając właśnie trzeci. Jej myśli odbiegły od ostatniej przeszkody i popłynęły na przód, myśląc o przyszłości. Nirimi również odpłynęła pozostawiając fascynujące miejsce za sobą. Intensywnie myślała o kolejnej przeszkodzie, zapominając praktycznie o tej poprzedniej. Nawet nie pomyślała, że zbieżność między symbolami a światem zewnętrznym rządzi całym wszechświatem. A i oczywiście- nawet nie pomyślała co za siła trzyma ciała niebieskie wokół siebie, ale, taki już chyba jej smutny los. 

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"Po długiej podróży decydujesz się odpocząć. Musisz rozbić obóz w jakimś bezpiecznym, osłoniętym przed drapieżnikami miejscu."

Od Leona - "Wędrowiec samotności" (Labirynt cz.4)

Podniosłem łeb do góry. Zajęło mi moment odzyskanie świadomości. Czułem się, jakbym powoli wybudzał się ze snu. Z bardzo długiego, męczącego i okropnego snu. Niestety jakimś cudem do niego wróciłem i nie sądziłem, że szybko z niego odejdę. Tak, jakby coś ciągnęło mnie do niego, tak samo jak kamienne buty ciągną na dno ludzi. 

- Chciałbym się już wybudzić – westchnąłem, podnosząc się do góry i otrzepując się z piachu, na którym wylądowałem.

- Każdy czegoś by chciał, ale większość dostaje figę z makiem – usłyszałem głos. Zacząłem się rozglądać wokół, w poszukiwaniu rozmówcy, ale niczego nie dostrzegłem. Wtedy zauważyłem, ze znajdowałem się znowu w jakimś tunelu, który na końcu dzielił się na kolejne pięć. To był labirynt.

- Kim jesteś? Gdzie jesteś?

- Za dużo pytań na raz – stwierdził. Zacząłem pływać w kółko, sądząc, że ukrywa się za jakimś kamieniem.

- Więc po kolei. Gdzie jesteś?

- Wszędzie i nigdzie – nie zaśmiał się, powiedział to spokojnie, jakby to było oczywiste. 

- Przecież to niemożliwe, wkręcasz mnie. Kim jesteś?

- Kim tylko zechcę. Mogę być tobą – po chwili się zatrzymałem. Nigdzie nikogo nie widziałem. 

- Przestań żartować i wyłaź! Nie masz pojęcia ile przeszedłem!

- Hm… pomyślmy… prawie zostałeś mrożonką, potem prawie zostałeś pociachany przez kraby, a niedawno zostałbyś zmiażdżony przez sufit… wiesz co? Chyba jednak wiem – odpadły mi płetwy.

- Chyba oszalałem – stwierdziłem z lekkim smutkiem.

- Ryby mówią, że można oszaleć z samotności – przez moment nie odpowiadałem, tylko głęboko się zastanawiałem nad całą sytuacją. 

- Czyli z samotności oszalałem i rozmawiam z tobą… czyli gadam sam do siebie, a ty siedzisz w mojej głowie – bardziej stwierdziłem, niż zadałem pytanie. Głos mi po chwili przytaknął, a ja oparłem głowę o ścianę i delikatnie w nią uderzyłem. – Nie sądziłem, że tak to się skończy. Teraz oprócz wyjścia, będę musiał poszukać psychologa. Albo psychiatry.

- Jak wolisz, ja ci nie pomogę.

- Świetnie – spojrzałem na wejście do innych tuneli. – To pewnie też nie wiesz gdzie jest wyjście – zaprzeczył. Jedyne, co mi pozostało, to zgadywanie. Wpłynąłem więc do przypadkowego wejścia. Płynąłem przed siebie dłuższy czas, głównie w ciemnościach. Co jakiś czas tunel był rozświetlany przez świecące kamienie, które znikały za każdy zakrętem. 

- Skoro nie mamy co robić, może w coś zagramy? – zaproponował mój głos w głowie.

- W co?

- Na przykład… o, wiem. Zgadnij, co widzę.

- Ciemność.

- Dobrze! A teraz widzę…

- Kolejne przejście.

- Dobrze! A teraz...

- A teraz się zamknij, mam dość tej zabawy – zezłościłem się.

- Rany julek, zrelaksowałbyś się trochę – prychnął. 

- Jak?! Pływam w te i we w te, nie mogę znaleźć wyjścia, tunele się nie kończą, nie wiem w który mam wpłynąć – powiedziałem wszystko na jednym wydechu, więc kiedy skończyłem, poczułem się zmęczony i niedotleniony.

- Ktoś tu ma problemy z emocjami. Powiedz mi, czy to ma związek z twoim dzieciństwem? Rodzice cię nie kochali?

- Ej! Rodziców to zostaw w spokoju, kochali mnie jak pozostałe czterdzieścioro rodzeństwa! – krzyknąłem.

- Ile? Twoi rodzice chyba relaksowali się w jeden sposób. To może jesteś zazdrosny o braci i siostry?

- Nie. Ze wszystkimi trzymam się dobrze. Prawda, czasami sobie dogryzamy, jak to rodzina, ale to moja kochana rodzina.

- A może czujesz się samotny? Masz kogoś? Masz dziewczynę? – zaczynałem się coraz bardziej denerwować, ale kiedy usłyszałem ostatnie pytanie, zacząłem się nad czymś głęboko zastanawiać.

- Jeśli jesteś mną, to powinieneś wiedzieć, że nie mam. Coś tu nie gra…

-  Wydaje ci się. Jako twój wewnętrzny głos zadaje ci pytania, aby zmusić cię do myślenia o sobie. Większość ma problemy z omówieniem własnych uczuć i myśli i zadawanie pytań im pomaga.

- A mi niby jak ma pomóc?

- Próbujemy ustalić, dlaczego czujesz się rozzłoszczony i samotny.

- Jesteś zły, bo mnie wkurzasz! I nie mogę stąd wyjść! A samotny jestem, bo nikogo innego tu nie ma. Jesteś tylko ty! Wyłaź z mojej głowy! – krzyknąłem i zacząłem szybko przed siebie płynąć. Używałem przy tym całej swojej siły, zamknąłem nawet potem oczy, co poskutkowało tym, że uderzyłem w ścianę.

Odpadłem na piach z bólem głowy. Przez chwilę czułem się jak wcześniej, jakbym powoli się budził, ale jednak tutaj wróciłem. Otworzyłem oczy i rozmasowałem bolące skronie. 

- W końcu cię nie słyszę – powiedziałem powoli.

- W sumie, to dalej słyszysz – otworzyłem oczy szerzej. – Tylko już nie jestem w twojej głowie – przez mną na piasku stało coś bardzo, albo to bardzo małego. Podpłynąłem do tego czegoś i przytuliłem policzek do ziemi, aby spojrzeć na to coś z bliska.

- Czym ty jesteś?

- Jestem planktonem karpiu.

- Więc czemu udawałeś mój wewnętrzny głos? – organizm westchnął.

- Ponieważ się nudziłem. Nikogo tu nie ma, aż ty przypłynąłeś. Postanowiłem uczepić się twojej łuski.

- Dalej nie rozumiem po co udawałeś, że jesteś w mojej głowie.

- Sam to stwierdziłeś, a ja tylko podłapałem grę – zmarszczyłem brwi. Nie podobało mi się. Podniosłem się do góry i miałem zamiar go szybko opuścić, ale mnie zatrzymał. 

- Nie zostawiaj mnie tu! Wiesz ile tu już siedzę? Całkiem sam? – słysząc to, zrobiło mi się go trochę szkoda. Nie ważne jak bardzo bym chciał, nie potrafiłem go zostawić.

- Dobra, możesz płynąć ze mną, ale nie rób więcej takich sztuczek. 

- Obiecuje! – przyrzekł, po czym ponownie uczepił się mojej łuski. Tak zyskałem kompana.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"Okazało się, że Twoją ścieżkę zarasta las podwodnych pnączy. Musisz przedostać się na drugą stronę, jednocześnie uważając na polującego tu szczupaka."

2 kwietnia 2022

Od Romelle - “Kulki, światło i smok” (Labirynt cz.3)

Kolejne pomieszczenie, do którego trafiła, miało kształt ośmiokąta, wysoki na sześćdziesiąt stóp sufit, na którym niczym gwiazdy migotały liczne kryształy, ściany z wyżłobionymi równej wielkości okrągłymi otworami, będące prawdziwym koszmarem cierpiących na trypofobię oraz wielką rzeźbę przedstawiającą pysk smoka, znajdującą się naprzeciwko wejścia do komnaty. Nie przypominał znanych mieszkańcom ławicy boskich Koi No Ryuu, jego łeb był masywniejszy, wychodziła z niego para krętych rogów, nozdrza mimo kamiennej postaci zdawały się buchać parą, a samo spojrzenie budziło uczucie grozy i niepokoju. Jego oczy wykonane były z rubinów, pazury świeciły szczerym złotem, natomiast czoło monumentu zdobił diament, który choć niewielki, błyszczał najjaśniej spośród, znajdujących się w pokoju rzeczy. Gdy ryba zbliżyła się dostatecznie blisko, odkryła również, że posadzka wypełniona jest masą szklanych bezbarwnych kulek, a figura poza funkcją dekoracyjną pełniła również rolę drzwi do następnego miejsca, obecnie zasłoniętych marmurowymi zębami gada.

Medyczka rozejrzała się dookoła w celu wyłapania potencjalnych zagrożeń, lecz tym razem teren, w którym się znalazła, okazał się rzeczywiście pozbawiony drapieżników, a jedyne niebezpieczeństwo dla samicy mogło stanowić zawalenie się sklepienia lub śmierć głodowa. Nadal zachowując ostrożność, podpłynęła do podłoża i wzięła w płetwy jedną z kul. Byłyby niemal przezroczyste, gdyby nie światło, które odbijało się od ich powierzchni kaskadą barw. Szybko pożałowała swojej decyzji, ponieważ gdy tylko jej kończyna dotknęła powierzchni przedmiotu, właz wyjściowy bezpowrotnie zasłoniła kamienna ściana, a całą ideę oznaczania przez samicę przebytej drogi szlag trafił. Próżne były jej starania, próba przesunięcia zapory, znalezienie innej powrotnej ścieżki, wszystko spełzło na niczym. Została uwięziona w odizolowanej od reszty jaskini, sali z ekwipunkiem, w który wliczały się kawałek kory i kilka niewielkich pojemników suszonych alg, które przy odpowiednim dawkowaniu mogły wystarczyć jej na maksymalnie trzy dni. W posępnym nastroju opadła na grunt i niemrawo zaczęła przeglądać kulki w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, czegoś, co pozwoliłoby jej wybrnąć z nieprzyjemnej sytuacji, bo musiało być z niej jakieś wyjście. Romelle nawet nie przyjmowała innej opcji. Nie zginie, nie dziś i nie w taki sposób. Odkąd przekroczyła progi labiryntu,  prawie udało jej się zostać zmiażdżoną i pożartą, w porównaniu z tymi przypadkami, obecny stan rzeczy wydawał jej się nieironicznie śmieszny. Niestety pomimo swojej zawziętości czas mijał, a ona wciąż tkwiła w grocie, bez żadnego widocznego postępu. Próbowała układać kule w różne wzory, wkładać w każdą możliwą wypustkę, ustawiać je w specyficznych miejscach, podrzucać, przyglądać się ich wnętrzu, a nawet rozgryźć chroniącą je powłokę — nieskutecznie. W końcu zirytowana chwyciła jedną z nich i w przypływie gniewu, rzuciła nią o ścianę. Ta natomiast zamiast rozbić się lub stoczyć z bariery, utkwiła w jednym z zagłębień i podchwytując wiązkę światła z przeciwległego końca sali, skierowała ją prosto w oczy koi, chwilowo ją oślepiając.

Samica doszła do siebie z zamiarem oddalenia się od podłogi, gdy do jej głowy zawitał nowy pomysł, wykorzystujący pryzmatyczne właściwości kulek. Gdyby miała głębszą wiedzę z zakresu fizyki, większy móżdżek lub po prostu nie była rybą, może zwróciłaby bardziej szczególną uwagę na to jakim cudem z takim kształtem, a w dodatku pod wodą, przedmioty działały nie gorzej od najlepszej jakości nikoletii; jednak w obecnej formie i stanie, Romę interesowało to równie mocno, co jeżowce sztuka latania, toteż z nową nadzieją zaczęła przemieszczać się od ściany do ściany, wkładając przedmioty do odpowiednich miejsc. Powstała w ten sposób sieć świateł przypominała lasery, które może i nie posiadały dokładnie takich właściwości, jak te obecnie znane ludziom, lecz będąc na dłuższą metę w kontakcie z nimi, również można było solidnie się poparzyć, czego Romelle chcąc nie chcąc doświadczyła osobiście. Co prawda nie należała do jednej z tych ryb, które poświęcały dobre pół życia na dbanie o swój wygląd, jednak jeśli miała być szczera, trochę obawiała się tego, co może zobaczyć, gdy ta wyprawa się skończy.

Żarłocznie pochwyciła w płetwę ostatnią szklaną kulkę i wsunęła ją do wklęsłości naprzeciwko pyska smoka. Promień przez nią przechodzący przeszył przestrzeń, rzucając blask wprost na diament, dekorujący jego czoło. Teren w pobliżu figury zadrżał, z murów wydobywały się delikatne wibracje, a drobinki piasku poczęły unosić się wokół posągu. Paszcza potwora zaczęła się otwierać, tworząc nowe, skryte w mroku przejście. Samica pokonała długość komnaty, ominęła kły rzeźby i zniknęła w cieniu jego podniebienia. W pewnej chwili usłyszała w tyle odgłos, zderzających się ze sobą przedmiotów. Nie patrząc wstecz  uznała słusznie, że przejście ponownie się zamknęło, lecz tym razem nie miało to dla niej aż tak wielkiego znaczenia. Pozostawiła w tyle dawne troski, wokół siebie miała bezkresną ciemność, a przed sobą nowy cel.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"Kończy Ci się prowiant, z tej racji jesteś zmuszony zapolować na małe stworzenia przemykające po dnie albo zebrać jadalne rośliny."

1 kwietnia 2022

Podsumowanie marca


Drodzy przyjaciele!

A więc tak. Marzec powiał niemal takimi samymi pustkami jak luty, ale ze względu na wydarzenie Labirynt Zielonych Barw szczęśliwie zebrało się nieco więcej opowiadań. Nasze rybki mają jeszcze czas by sobie nieco zarobić, a mam nadzieję, że po tych dwóch miesiącach znajdą wenę na chociaż jedno opowiadanie. Sporo osób wzięło w tym miesiącu nieobecność, co wiąże się z tym, że osoby, które nie napisały, otrzymują ostrzeżenie. Jest to jednak ostrzeżenie miękkie, którego można się pozbyć po kontakcie z alfą i wyrażeniu chęci na dalsze uczestnictwo na blogu.

Nowości

Rozpoczęła nam się wiosna, pierwsza w historii Koi Paradise (i mam nadzieję, że nie ostatnia). Trwa też wydarzenie Labirynt Zielonych Barw, który pozwala na zgarnięcie bardzo atrakcyjnych nagród już za samo napisanie opowiadania. Z bardziej organizacyjnych spraw do formularzy został dodany punkt Wzory.

Ilość słów

  1. Romelle wygrywa znowu z masywną liczbą 3474 słów w 3 opowiadaniach.
  2. Leon na swoim drugim miejscu, mając 2857 słów w 4 opowiadaniach.
  3. Akhifer oczywiście za nim, po napisaniu 1865 słów w 3 opowiadaniach.
  4. Irysahyta bez szoku ostatni, solidne 566 słów w 1 opowiadaniu.
Zagrożenia
  1. Feliks, Aura i Nirimi zgłosiły nieobecność.
  2. Tenebrae ma nieobecność częściową. W kwietniu musi napisać opowiadanie.
  3. Tafla i Psyche nie napisały opowiadania, otrzymują pierwsze ostrzeżenie.

Bonusy

Mistrzem Miesiąca została Romelle, dostając od publiczności 3 z 5 głosów. Bonusy za Labirynt zostaną rozdane po zakończeniu wydarzenia.

A więc oficjalnie zamykamy kolejny miesiąc w Koi Paradise. To już dziewięć miesięcy wspólnej pracy i pisania opowiadań jako ławica kolorowych rybek koi. Jeszcze trochę i uderzymy rok. Jak szybko ten czas leci, prawda? Wszystkich Was, kochani, mocno ściskam i życzę pozytywnego kolejnego miesiąca!

~ Akhifer


31 marca 2022

Od Leona „Drzwi są, ale nie ma wyjścia” (Labirynt cz.3)

To był bardzo nieśmieszny żart. Z tunelu wylądowałem w kolejnej komnacie. Plusem było to, że nie była już lodowa, mi nie groziło zamrożenie na śmierć, a przede mną były drzwi. Składały się one z wielu małych, białych, matowych muszelek, więc ten, kto je zrobił, musiał mieć do nich sporo cierpliwości. Podpłynąłem do nich, chcąc je otworzyć i w końcu stąd uciec, ale okazały się zamknięte. Mocno je szarpałem, raz nawet w nie walnąłem z rozpędu, mając nadzieje, że pod wpływem impetu rozpadną się czy coś podobnego, ale one były twardsze niż sadziłem i nie wyrządziłem im żadnej krzywdy. Ze złości zacząłem kląć i rozglądać się na boki, sądząc, że to kolejna zagadka – i się nie myliłem.

Pod drzwiami, na kamieniu był wyryty napis „Srebrne oko patrzy zielonym okiem”. Spostrzegłem, że obok była niewielka rycina, przedstawiająca sierp księżyca. Zmarszczyłem czoło i uważnie przyglądałem się to napisowi, to obrazkowi, mając nadzieje, że zaraz mnie oświeci. 

- Srebrne oko patrzy zielonym okiem – wyrecytowałem sobie po parę razy, zmieniając tonacje, zmieniając głos, a nawet szybkość mówienia, niczym mały narybek, bawiący się swoim pierwszym słowem. – Skoro jest srebrne, to czemu patrzy zielonym? – zadawałem sobie pytania. Nie rozumiejąc z tego kompletnie nic, zacząłem ponownie rozglądać się po wnętrzu. Ściany były zbudowane ze zwykłych kamieni, podłoże pokrywał piasek, w którym znajdowało się wiele głazów, a sufit… na suficie znajdowała się ta sama rycina przedstawiającą księżyc. Podpłynąłem do niej i przez kilka dłuższych chwil się jej przyglądałem. Obrazek był gładki, wydłubany w skale. Znajdowały się tutaj linie, kształtujące sierp. Dotknąłem obrazka, delikatnie przejechałem po nim płetwą, a gdy nacisnąłem, księżyc wszedł głębiej w skałę. Wtedy usłyszałem dziwny dźwięk, podobny do stukania skał. Zaraz obok księżyca poluzował się głaz, który po chwili opadł na ziemię. Zaraz za nim powoli spadły dwa kryształy, mieniące się na żółto i na niebiesko. Złapałem je zaciekawiony i zerknąłem w dziurę, powstałą po wypadnięciu głazu. Niestety nie było w niej drugi ucieczki. - Srebrne oko patrzy zielonym okiem – po raz enty to powtórzyłem. Srebrny jest księżyc, a zielony… nie było zielonego oka. Zakładając, że te kryształy miały być prowizorycznymi oczami, trzymałem w płetwie niebieskie i żółte oko. A zielone? – Nie mówcie, że zapomnieli dorzucić – powiedziałem łamiącym się głosem. Nie chcąc w to uwierzyć, przyłożyłem jeden kamień do twarzy i spojrzałem przez niego. Niebieski kamień sprawił, że wszystko było niebieskie, a żółte – żółte. Rozglądałem się po jaskini trzymając je przy oczach i nie dostrzegłem niczego dziwnego. Westchnąłem i ponownie podpłynąłem do księżyca. - Srebrne oko patrzy… - zakładając, że srebrnym okiem był sam księżyc, może musiałem spojrzeć z jego perspektywy? Odwróciłem się do niego plecami i spojrzałem w dół, na piach. Potem przyłożyłem do oczu kryształy i nic. – Zielony… zielony… - zdając sobie sprawę, że oba kolory, które posiadałem, po zmieszaniu dawały kolor, którego potrzebowałem, spojrzałem przed dwa kryształy na raz. Wtedy na środku pomieszczenia, zabarwionego na zielono, w piachu pojawiła się szary kształt.

Szybko podpłynąłem do dna i zacząłem kopać. Po chwili wyciągnąłem spod piachu granatową kulę, zrobioną z gliny. 

- Mam dość tych zagadek… - westchnąłem, widząc kolejną wskazówkę na niej wyrytą. – Spójrz i otwórz mnie – przeczytałem. Charakteryzowała się kulistymi wzorami, które mogłem klikać i wpychać do środka. Zacząłem więc przypadkowo je wciskać, niestety one wracały do swoich pierwotnych stanów. – Dobra, jak mam cię niby otworzyć, co? – zapytałem się jej, wiedząc, że nie otrzymam żadnej odpowiedzi. – Spójrz i otwórz… spójrz… - przypominając sobie wcześniejszą zagadkę, spojrzałem na kulę „zielonym okiem”.  Przyłożyłem do oczy oba kryształy i zobaczyłem, że tym razem widziałem tylko dwa kółka. Wcisnąłem je, a one pozostały we wgłębieniu. Niestety nie otworzyła się. Spojrzałem więc jeszcze raz, a następnie odrzuciłem żółty kryształ. Niebieski pokazał mi kolejne trzy, które wcisnąłem, ale dalej się nie otwierała. Powtórzyłem operacje z trzecim kamieniem i wcisnąłem jeszcze jeden wzór. Kula puściła, a dokładniej, to się rozpadła, pozostawiając w mojej płetwie swoje kawałki, a między nimi klucz z kawałkiem liścia, na którym znajdował się napis „To nie tu”. Z radości wykrzyknąłem, że znalazłem klucz, a następnie, ignorując zagadkę, podpłynąłem do drzwi. W tym czasie poczułem małe trzęsienie, a na moją głowę spadł mały kamyczek. Spojrzałem w górę i zauważyłem, że wszystkie kamienie, tworzące sufit, zaczynały się luzować i opadać na dno. Jeśli się nie pośpieszę, zostanę zmiażdżony. Nie czekając ani chwili dłużej, rzuciłem się na drzwi, szukając zamka. Nie mogłem go jednak znaleźć. Wszystkie muszelki były jednolite i żadne nie tworzyły otworu, w który mógłbym wsadzić klucz. Zaczynałem się naprawdę bać. Spojrzałem na liść i szybko zdałem sobie sprawę, że „to nie tu”. Zamek nie znajdował się w tych drzwiach, był ukryty gdzieś indziej. Znowu zacząłem się rozglądać, próbując nie zwracać uwagi na spadające kamienie, ale jednocześnie starając się, aby żaden z nich nie uderzył we mnie. W końcu coś dostrzegłem: dziurka do klucza znajdowała się zaraz obok ryciny księżyca, na suficie. Nie zastanawiając się, ruszyłem do sufitu, omijając spadające głazy. Cudem uniknąłem jednego z nich, a wtedy wsadziłem klucz do zamka. Gdy go przekręciłem, ujrzałem, jak drzwi z muszelek lekko się uchylają. Zadowolony, ale jednocześnie przerażony, chciałem ruszyć w ich stronę, kiedy jeden z kamieni wylądował na moim grzbiecie i zaczął mnie ciągnąć w dół. Dłuższą chwilę się z nim siłowałem, próbując spod niego wyleźć i udało mi się to dopiero przy samym dnie. Prawie zmiażdżył mi płetwę ogonową, ale udało mi się ją podkulić. Ruszyłem jak najszybciej w stronę wyjścia i gdy cały sufit runął na dół, rzuciłem się w stronę światła, unikając zmiażdżenia.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"W Twojej głowie odzywają się głosy... Chyba za dużo czasu jesteś w samotni."

Od Irysahyty CD. Leona - "Każda robota śmierdzi" cz.2

Gdy w Zbiorniku pojawiły się wieści o jeżowcu spacerującym sobie w pobliżu rybich mieszkań, od razu zaczęto szukać kogoś, kto zająłby się tym problemem. Oczywiście nie było to zbyt proste, bo ten jeszcze pracował, ten miał się spotkać z matką, na tego czekała teściowa w domu, a ten to w ogóle miał napięty grafik i nie mógł wepchnąć poganiania jeżowca między masaż a zaleganie w łóżku. Wreszcie poszukiwaczom poganiacza trafił się pan Irysahyta zwany Irkiem, który obiecał uporać się z problemem.

Czy robił to z dobrego serca? Czy może tego wymagały jego obowiązki Sprzątacza? Nie i nie. Nawet nie to, że szukał sobie zajęcia, bo płetwy miał pełne ręce roboty. Jak to zazwyczaj bywa w takich sprawach, źródłem owego zachowania była najzwyklejsza rywalizacja. Irek po prostu założył się ze swoim kumplem Suchym, że zdoła pozbyć się jeżowca z centrum, zanim Suchy posprząta do końca zgniłe wodorosty z zapomnianej farmy. Kto przegra, ten przez następny tydzień będzie przynosił kanapki dla obu karpii, z własnej sakwy sponsorowane i dokładnie według życzenia drugiego. Oczywiście mając taką stawkę, Irysahyta nie mógł sobie pozwolić na przegraną. Włożył w poszukiwanie jeżowca całe serce i nie spoczął, dopóki ktoś nie poinformował go, gdzie znajduje się śmiercionośne stworzenie.

Podobno przebywało w pobliżu budynku administracyjnego. A dokładniej mówiąc w środku, bo gdy Irek zaczął dopytywać o obecność szkarłupnia, wszyscy zgodnie głosili, że szwenda się po tunelach. W jednym z nich zostawił ślady defekacji, bardzo nieprzyjemny widok, z którym Irek musiał rozprawić się na początku, bo przecież nikt by mu nie dał spokoju. W końcu był Sprzątaczem, co nie? Znosząc jakimś cudem smród kału pozbył się jeżwocowej wydzieliny i wrócił do swoich poszukiwań. Pływał to tu, to tam, dopytując, rozglądając się, aż wreszcie ktoś w tunelach zaczął się drzeć.

Taką właśnie reakcję wywołuje jeżowiec w środku rybiego budynku.

Irysahyta nieszczególnie się spieszył po szkarłupnia, dobrze wiedząc, że te zmodyfikowane ludzką ręką jeżowce (a przynajmniej tak głosiły legendy) nie są wcale niebezpieczne, dopóki ktoś nie nadzieje się przypadkiem na ich kolce. I w sumie to by było całe niebezpieczeństwo. Ukłuć się. A biorąc pod uwagę, że jeżowce są naszpikowane kolcami, bez mocnej siatki się nie obędzie. Dobrze, że karp nosił takową cały czas na grzbiecie.

Na miejscu znalazł dwa przerażone koi i poszukiwanego jeżowca, którego od razu złapał w sieć. Byli w dokładnie tym korytarzu, gdzie wcześniej jeżowiec się zbombał, ale teraz śmierdziało tu czymś zupełnie innym. Najpierw spojrzał na ryby, jeden z nich to na pewno był Ogrodnik, kiedyś już go widział jak sprzątał, a potem spojrzał na podłogę pod nimi, umorusaną jakimś śmierdzącym nawozem. Mniej więcej w miejscu, gdzie leżała kupa jeżowca.

– Nie no, dopiero tu sprzątałem. – Machnął płetwą w stronę nawozu. – Który mi tu rozwalił ten brud? – Spojrzał na dwa samce, oczekując odpowiedzi.

– Ja... – powiedział przeciągle Ogrodnik, powoli schodząc ze swojego kumpla.

– To w takim razie ty to wszystko posprzątasz, a ja idę odprowadzić naszego drogiego kolczastego kolegę w miejsce, gdzie nie będzie nikomu przeszkadzał.

Bez przejmowania się gostkiem Irek zaczął ciągnąć jeżowca za sobą. Nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby sprawdzić tamtego karpia, skupił się tylko na tym, czy aby na pewno zdążył przed Suchym i nie będzie musiał robić kanapek według wymysłów kumpla. Ten to zawsze miał jakieś wymyślne zasady, byleby dopiec Irkowi. Nie, żeby to nie działało w dwie strony. Może później wpadnie zobaczyć, czy ciemna ryba posprzątała swój bajzel. Choć raz nie musiał topić się w tych nieprzyjemnych smrodkach.

<Leon?>

30 marca 2022

Od Akhifer - "Deorsonspersa Caverna" (Labirynt cz.2)

Ta podróż miała być taką wspaniałą przygodą. Miały dziać się niesamowite rzeczy, za każdym rogiem miało się czaić niebezpieczeństwa. Tyle nadziei było pokładane w tych krętych korytarzach. Jednak z każdą minutą nadzieja ta rozwiewała się coraz bardziej, stając się zaledwie mgłą, która w każdej chwili może zniknąć. Gdzie podziewały się niebezpieczeństwa? Gdzież pochowały się zatopione skarby i relikty starych cywilizacji? Nie było ich! Leżały w cudzych korytarzach, gdzie właśnie przepływało zupełnie inne koi zamiast samotnej Akhifer, która przeklinała swój marny pomysł, by wziąć udział w ekspedycji.

Nic się nie działo. Nic. Wszystko było tak samo monotonne i nudne. Korytarze wydawały się już dokładnie takie same, jakby karpica kręciła się w kółko, co przecież było niemożliwe, bo na każdym skrzyżowaniu zaznaczała drogę, z której wypłynęła. To był łatwy sposób na znalezienie drogi powrotnej, gdy wreszcie będzie się wycofywać z tego labiryntu. Niestety chwila ta zdawała się zbliżać o wiele większymi machnięciami płetw, niż Strażniczka by sobie życzyła. Rury w skałach ciągnęły się bez końca, prowadząc do marnego nikąd. Ferka coraz częściej zastanawiała się, czy cały labirynt tak wygląda, czy to tylko jej trafiła się tak zła passa. Może w końcu coś się wydarzy. A do tego czasu będzie płynąć do przodu, bez ustanku, bez spoglądania w tył (nie, żeby rybia anatomia w ogóle pozwalała na spojrzenie do tyłu kiedy płynie się do przodu).

Dziura w tym planie ujawniła się wreszcie po kolejnych kilku godzinach bezustannego pływania. Akhifer całe życie spędziła w centrum i rzadko kiedy musiała płynąć gdzieś dalej. A jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się pływać tak długo bez jakiejkolwiek przerwy. W końcu do jej zmysłów dotarł paskudny ból promieniujący od zmarnowanych płetw, który uniemożliwiał dalszą wędrówkę. Pod wpływem bólu Strażniczka nawet nie próbowała znaleźć dobrego miejsca na odpoczynek, tylko opadła tak jak wisiała prosto na podłoże, gotowa na spotkanie z twardym kamieniem.

Jednak zamiast kamieni łuski karpicy poczuły pod sobą miękki aksamit, wręcz zbawiennie działający na wycieńczone mięśnie. Ferka zobaczyła skrawek nieba, relaksując się na tajemniczym przedmiocie. Szybko jednak odzyskała świadomość i podniosła się, by się upewnić, że nie leży na czymś zabójczym dla ryb.

Pod nią znajdował się naprawdę sporej wielkości biały kwiat. Nie przypominał żadnej rośliny spotykanej w Zbiorniku, bliżej mu było do kwiatów rosnących na powierzchni. Jego płatki rozkładały się dookoła centrum, miękkie i białe, nieco przezroczyste na końcach. Były wielkie. Stanowiły idealne łóżko. Ze środka kwiatu wydobywały się białe drobinki, które dryfowały sobie spokojnie wraz z ruchami wody. Akhifer starała się ich nie wdychać, w razie gdyby były szkodliwe. Choć już teraz ryzykowała, wylegując się na białych płatkach. No cóż.

Tych kwiatów było więcej. Gdy koi zaczęła się rozglądać dotarło do niej, że znajduje się w komnacie pełnej tych białych kwiatów. To była jaskiniowa łąka. Rośliny poruszały się powoli, z wielką gracją, niespotykaną nigdzie indziej w Zbiorniku. Woda tu była przejrzysta i niezwykle świeża, aż przyjemnie się tu oddychało. Po całej komnacie dryfowały białe drobinki z kwiatów, zapewne w ten sposób te śliczne rośliny się zapytały. Akhifer przyglądała się temu wszystkiemu na leżąco, nie mając siły się podnieść. Uśmiechała się do siebie, zadowolona, że wreszcie znalazła coś ciekawego. Obiecała sobie dokładnie opisać to miejsce, z każdym najmniejszym szczegółem, który była w stanie dojrzeć jako Strażniczka. Ale to dopiero, kiedy wypocznie.

Gdy wreszcie się podniosła, poczuła przeszywający ból ogarniający jej ciało. Wycieńczenie, wróg żyjących ciał, nie pozwalał jej płynąć dalej, nawet choćby po to, by mogła znaleźć bardziej osłonięte miejsce. Walczyła z nim, machając obolałymi płetwami, przed oczami mając inny biały kwiat pokryty czarnymi plamami bezsilności. Ten kwiat był lepszy, większy i bardziej schowany. Niby był daleko, ale karpica dopłynęła do niego w dwie sekundy. Czyli musiał być blisko. Ból zdecydowanie jej nie służył. 

Nie była pewna, jak długo spędziła na tym kwiecie. Prawdopodobnie nawet zasnęła, chociaż nie wiedziała kiedy i ile dokładnie spała. Torba leżała na niej, przyciskając ją do białych płatków, które zadziałały zbawiennie na ból. Ferka już nic nie czuła. Mięśnie jej wypoczęły lepiej niż leżąc kilka dni we własnym domu. A może leżała kilka dni? Oby nie. Podniosła się z kwiatu, chwytając za korę w torbie. 

"Deorsonspersa Caverna. Białe, półprzezroczyste płatki, duża średnica. Prawdopodobnie działanie lecznicze, przeciwbólowe" wyryła na korze dłucikiem. Może Medycy albo Botanicy podejmą się jakiejś misji, by dokładniej poznać te kwiaty, bo Akhifer więcej nie potrafiła stwierdzić. Dopisała jeszcze, jak dopłynąć do komnaty z łąką. 

Dla niej to było wszystko. Posiliła się, rozejrzała jeszcze trochę po komnacie, czy przypadkiem nie b chowa się tu nic więcej, pooddychała świeżą wodą i popłynęła dalej. W jej sercu na nowo zapaliła się iskra nadziei, która w błyskawicznym tempie zmieniła się w prawdziwy ogień. Jest łąka, będą inne rzeczy, może nawet o wiele ciekawsze. Trzeba tylko do nich dotrzeć, z pewnością czekają na swojego odkrywcę, który z chęcią i zapałem o nich napisze na kawałkach kory. A potem wszystko zostanie przepisane na kamienie, by przetrwało jeszcze przez wiele lat i kolejne pokolenia mogły korzystać z tej wiedzy.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"Twoją drogę zastępuje żywe, kamienne koi. Jeżeli Twoja zwrotność wynosi >6, możesz je wyminąć. W innym wypadku musisz się z nim bezpośrednio spotkać."

24 marca 2022

Od Romelle CD. Leona - "Morderczy Ogrodnik" cz.4

Karpica zmierzyła wzrokiem zawartość swojego schowka, kolejno odhaczając w notatniku posiadane składniki. Minęło sporo czasu nim ostatni raz uzupełniała zapasy więc korzystając z braku ważniejszych rzeczy do zrobienia, postanowiła w końcu się za to zabrać. Doświadczenie nauczyło ją, że nie należy polegać wyłącznie na asortymencie szpitala, który z resztą jak twierdziła, był mocno ograniczony. Poza chorymi cierpiało z tego powodu również mieszkanie Medyczki, które od wewnątrz przypominało bardziej niechlujny składzik wypełniony po brzegi zakonserwowanymi glonami i przestarzałymi urządzeniami aniżeli dom, do którego wraca się by zapomnieć o pracy. Przebywając tam odnosiło się skrajnie przeciwne wrażenie.

– Undaria - tutaj. Arame, listownica japońska, kelp, wielkomorszcz - są. Rogolistnik i Elodea - jest i... –spojrzenie ryby zatrzymało się na świecącej pustkami półce, na której powinny znajdować się łodyżki rośliny. Zaznaczyła pozycję na liście i wróciła do dalszego wykonywania czynności, podczas której do grona brakujących elementów dołączyło jeszcze kilka pospolitych kwiatków. Samica wypłynęła na zewnątrz z zamiarem dokończenia pracy. Nigdy nie lubiła zostawiać obowiązków związanych z zawodem na później, uczynnie praktykowała zasadę "Jeśli masz coś zrobić, zrób to teraz" podejmując się jakiegoś zadania niewiele potrafiło odwieść ją od jego ukończenia. 

O ile znalezienie w Zbiorniku wyżej wspomnianych rzeczy nie sprawiło jej większej trudności, tak w przypadku moczarki był jeden dość spory problem. Romelle zależało głównie na kwiatach Elodeii, które ze względu na obecną porę roku nie zdołały jeszcze zakwitnąć. Zatrzymała się, myśląc nad rozwiązaniem problemu i wnet przypomniała sobie słowa Ogrodnika. Skłamałaby mówiąc, że zastanawiała się nad skorzystaniem z propozycji samca, jednak w obecnej sytuacji nie widziała innej opcji, czekanie do maja niezbyt jej odpowiadało, a korzystając ze sposobności mogła sprawdzić czy koi stosuje zalecone przez nią lekarstwa. Wróciła zatem do pokoju, zabierając ze skrytki tuzin pereł i ruszyła w stronę kwiaciarni, w której miała zamiar otrzymać kilka ususzonych pąków rośliny. Minęła główne centrum ławicy, pomniejsze sklepy i szkołę, z której dochodziły ożywione głosy uczniów. W jednej z sal ktoś właśnie recytował jakiś stary wiersz, w kolejnej nauczyciel tłumaczył zagadnienia związane z historią, a w jeszcze innej grobową ciszę przerywał poddenerwowany głos ewidentnie należący do Jitonga. Niedaleko placówki zgodnie z twierdzeniem karpia znajdował się średniej wielkości budynek, którego funkcja wypisana była eleganckimi literami nad wejściem. 

Gdy tylko przekroczyła próg do jej nozdrzy dotarł intensywny zapach mieszanki różnego rodzaju roślin. Wnętrze kwiaciarni było schludne, a jednocześnie bardzo przytulne, każdy element wyposażenia zdawał się idealnie komponować z otoczeniem, równocześnie nie ginąc w gąszczu przedmiotów. Architekt wykonał kawał dobrej roboty. Brązowooka rozglądała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu charakterystycznej aparycji Ogrodnika, kiedy przed jej oczami ni stąd, ni zowąd zmaterializowała się pulchna samica w średnim wieku.

– Witam, mogę w czymś pomóc? – miała melodyjny głos i przyjazny wyraz twarzy.

– Szukam jednego z ogrodników, ciemnofioletowe łuski, długi ogon – zamilkła na moment, próbując przypomnieć sobie więcej szczegółów na temat wyglądu samca – jeśli się nie mylę ma różnobarwne tęczówki. Chciałam sprawdzić, jak się czuje, ale jeśli jest zajęty nie będę przeszkadzać.

Kwiaciarka intensywnie nad czymś myślała, patrząc na nią ze skupieniem, po czym na jej pyszczku pojawił się wyraz zrozumienia.

– Ach no tak, Leon – powiedziała z mieszanką współczucia i rozbawienia – opowiadał mi o tym co mu się przydarzyło. Tyle razy powtarzałam mu, żeby czasami zwolnił i bardziej na siebie uważał, ale on nadal swoje, niech mnie rekin pożre, jeśli przez swój temperament nie wyląduje w końcu na czyimś talerzu – zaśmiała się – Dziękuję, że się nim zajęłaś, wiem jak wiele cierpliwości wymaga przebywanie z nim sam na sam. To dobry chłopak, ale są chwile, w których mam ochotę zamknąć go w schowku na miotły i nie wypuszczać do następnych zbiorów. Pomyśleć, że omal o nim nie zapomniałam! Nie wybaczyłby mi, gdyby się o tym dowiedział więc niech to zostanie między nami – ponownie wybuchnęła donośnym śmiechem, nie przejmując się tym, że ktoś obcy może ją usłyszeć. Wbrew temu co mówiła o karpiu widać było jak bardzo była do niego przywiązana. Przez cały czas trwania swojego wywodu na temat jego zachowania uśmiech nie schodził jej z twarzy. Romelle mogła jedynie zazdrościć im tak dobrej relacji – no ale chyba trochę za bardzo się rozgadałam, jeśli chcesz się z nim spotkać mogę go zawołać, powinien być w magazynie.

Wyminęła ją i nim Medyczka zdążyła zaprotestować jej głos rozniósł się echem po całym pomieszczeniu.

— LEON, DOKTOR DO CIEBIE! 

— CO?! — ryknął Ogrodnik, zza przeciwległych drzwi.

— NIE ŻADNE "CO?" TYLKO PRZYJDŹ TUTAJ NATYCHMIAST! 

Kilka sekund później samiec obładowany po skrzela paczkami nasion wypłynął przez okrągłe wejście.

— Poza swoim imieniem nic z tego nie zrozumiałem, akustyka w tym miejscu jest straszna — oznajmił, niedbale wrzucając torebki na ladę. Otrząsnął płetwy z piasku, przy okazji łapiąc kontakt wzrokowy z karpicą — O, hej.

Młodsza jedynie uniosła leniwie prawą płetwę w geście powitania. Nagle gdzieś na zewnątrz rozległ się hałas, a głowy całej trójki odwróciły się w stronę źródła dźwięku. 

— To pewnie któryś z moich chłopców — odrzekła właścicielka sklepu zmęczonym głosem. Westchnęła przeciągle, przybrała poważną minę (jeśli nie liczyć wciąż wesołych oczu) i ruszyła ku wyjściu — muszę was na chwilę przeprosić, niedługo wrócę.

— Któryś z jej chłopców? — pytanie opuściło pyszczek czarno-białej zanim ta zdążyła ugryźć się w język.

— Pani Morgoone nazywa tak swojego brata i męża — wyjaśnił wciąż spoglądając na drzwi, za którymi zniknęła ryba. 

— Rodzinny interes? 

— Można tak powiedzieć, ogrodnictwo mają praktycznie we krwi. Gdybyś słyszała z jaką pasją każdy z nich potrafi opowiadać o odmianach i pielęgnacji roślin — odwrócił się przodem do blatu kasy i zaczął układać pojemniki z nasionami w wyżłobionych w nim półkach — Poświęcili naprawdę wiele lat na doprowadzenie tego sklepu do obecnego stanu.

— Rozumiem — mruknęła, rozglądając się po raz kolejny po pomieszczeniu — Muszą czerpać z tego niemałą satysfakcję.

— Satysfakcję? 

— Przeznaczacie czas na zajmowanie się ogrodem, odchwaszczacie, nawadniacie i chronicie uprawy. Niektóre z nich nie przetrwałyby bez waszej pomocy — zaczęła, automatycznie biorąc w płetwy torebki i kładąc je w sposób alfabetyczny na gzymsie — przyczyniacie się do powstania nowego życia. 

Medyczka odkąd tylko pamiętała czuła spory respekt do tego zawodu, sama z resztą początkowi miała zamiar szkolić się w tym kierunku i mimo że jej plany się zmieniły wciąż uważała botanika za jedną z najbardziej niedocenianych kwalifikacji. Odchrząknęła, spoglądając na płetwę ogonową samca, ponownie przybrała wyprany z wszelkich emocji ton i wskazując na niego zapytała:

— Jak się czujesz? 

— Na pewno dużo lepiej niż ostatnio — uśmiechnął się — Początkowo nie byłem pewny tego żelu z apteki, ale po pierwszej nocy naprawdę odczułem ulgę.Wydaję mi się nawet, że dziury stały się mniejsze, ale to chyba tylko złudzenie. Będę jeszcze musiał używać jakichś nowych leków lub maści?

— Nic z tych rzeczy — zaprzeczyła — tym razem to ja czegoś potrzebuję. Macie może na stanie Elodee?

— Powinna gdzieś być — odparł, nurkując w zagłębieniu stoły — wolisz same liście, łodygi czy całość?

— Właściwie zależy mi na kwiatach.

— Kwiatach? — przerwał pracę, przypadkowo uderzając głową o wystającą półkę — W takim razie wybrałaś sobie niezbyt odpowiedni moment na wizytę. Gdybyś poczekała jeszcze te kilka tygodni na pewno coś by się znalazło, ale teraz...

— Gdybym poczekała, sama mogłabym je sobie zerwać. Nie macie żadnych zapasów z zeszłego roku?

— Zapasów czego? — pani Morgoone w widocznie lepszym humorze wróciła do środka.

— Kwiatów moczarki — objaśnił Ogrodnik — tegoroczne zakwitną dopiero za miesiąc lub dwa.

— To rzeczywiście komplikuje sprawę — przyznała, spoglądając nieobecnym wzrokiem w podłoże, co jak zauważyła Medyczka, czyniła, gdy o czymś intensywnie myślała — bez wątpienia nie mamy ich w magazynie, ale mogę odwiedzić starego Artura, z tego co pamiętam lubi kolekcjonować takie rzeczy. 

Problem w tym, że w ogrodzie znowu zalęgły się larwy żółtobrzeżka i jeśli szybko się ich nie pozbędę możemy mieć spory kłopot.

— Mogę się tym zająć — odrzekła szybko samica, na co starsza obrzuciła ją dość wątpliwym spojrzeniem.

— To miłe z twojej strony, ale to praca dla botanika, te szkodniki potrafią być naprawdę nieobliczalne. Chętnie posłałabym Cię samodzielnie do karpia, o którym mówiłam, ale odkąd przez jedną rybę omal nie oślepł, potrafi być bardzo agresywny w stosunku do nieznajomych. Chciałabym Ci pomóc, ale jak sama widzisz chwilowo nie jestem w stanie.

Brązowooka ostatni raz rzuciła okiem na przepraszający wyraz twarzy florystki, wyrzuciła z siebie jakieś słowa zrozumienia i przygnębiona skierowała się do wyjścia. Czy tak miał wyglądać finał jej małej ekspozycji? Była zawiedziona i rozgoryczona i bynajmniej nie chodziło tu o fakt, że nie udało jej się zdobyć rośliny. Koi wprost nie cierpiała, gdy coś szło nie po jej myśli, a jeszcze bardziej poczucia bezsilności, które odczuwała przy każdej porażce. Chwyciła w płetwy klamkę od sklepowych drzwi, w myślach widząc siebie na bujanym fotelu, przewracającą z niecierpliwością kolejne kartki kalendarza. 

Już miała zamiar otworzyć wejście, gdy zatrzymał ją głos Leona.

— A jeśli pomógłbym jej w ogrodzie, mogłaby pani załatwić te kwiatki?

— Możliwe, ale czy nie miałeś przypadkiem innych obowiązków do zrobienia?

— Już uporządkowałem zioła, a ostatnie paczki nasion, które miałem przynieść leżą przed nami — wskazał płetwą na blat — jestem wolny jak tamto pole, gdy już skończymy z larwami.

— Cóż... w takim razie mogę na to przystać — podpłynęła do zmieszanej doktorki, odbierając jej uchwyt — Narzędzia są w szopie na zewnątrz, postaram się wrócić najszybciej jak tylko będę mogła, ale jeśli uporacie się z tym przed moim powrotem poczekajcie na mnie przy altanie.

Pożegnała się i wypłynęła z pomieszczenia.

— Naprzód kompanio, mamy warzywnik do odbicia — skwitował z uśmiechem samiec, machając do niej płetwą. 

— Dziękuję — oznajmiła, gdy znalazła się już koło niego — nie musiałeś tego robić.

— To nic takiego — prychnął — musisz być naprawdę zdesperowana, skoro tak chętnie oferujesz pomoc z tym chrząszczem — zamilkł na moment, widząc jej pytającą minę — albo nie wiesz co to jest.

Bingo

— Nie szkodzi. Musisz jedynie unikać bezpośredniego kontaktu i uważać na ich żuwaczki — wręczył jej pojemnik z preparatem, który zdążył wyciągnąć z budy — Ale nic się nie martw, nie skromnie przyznam, że masz ze sobą mistrza w tej dziedzinie. Każdy kto kiedykolwiek widział mnie w akcji woła na mnie "Leon pogromca szkodników". 

Każde następne zdanie wypowiedziane przez niego na temat owadów, karpica komentowała cichymi pomrukami lub kiwaniem głową. Nie przyznałaby tego na głos, jednak to, co w zamyśle fioletowego miało ją pocieszyć przynosiło kompletnie odwrotny skutek. Mimo tego postanowiła nie zaprzątać sobie tym myśli, wyjść do ogrodu, pozbyć się robaków i odebrać nagrodę. W końcu odrobaczenie grządek, nie powinno być takie trudne, prawda?

<Leon?>