Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leon. Pokaż wszystkie posty

31 lipca 2023

Od Leona CD. Valii - "Świat ginie w wodorostach"

Wróciłem do swojego cichego mieszkanka i zacząłem rozpakowywać zakupy, jakie zrobiłem w drodze powrotnej. Cały czas myślałem o tym, co było, jest i będzie, a krótko mówiąc: miałem przechlapane, jestem zestresowany i prawdopodobnie zginę torturowany przez jakąś mafię tak, że rodzice nigdy nie rozpoznają mojego martwego ciała i nikt nigdy nie przyjdzie na mój muszelkowy grób, bo takowego nie dostanę (tak, zawsze wyolbrzymiałem). 

Gdy chowałem ostatnie puszkowane wodorosty, zastanawiałem się, czy nowopoznana ryba mi pomoże. Na początku nie wyglądała na zadowoloną, wręcz przeciwnie, ale kiedy zaoferowałem jej swoje usługi (które w rzeczywistości były zgodą na niewolnictwo) zmieniła zdanie, jednak czy to wystarczy? Jeśli rzeczywiście należała do gangu, mogła mieć równie podły charakter jak oni. Mogłaby mnie tylko wykorzystać, kiedy znajdę interesujące ją informacje, zostawi mnie lub co gorsza, zawiadomi straż, że uprawiam nielegalne substancje.

Wyjście było jedno: musiałem przeciągać swoje śledztwo najbardziej, jak się da. Najpierw to ona pomoże mi wyhodować rośliny i się ich pozbyć, a potem ja się zrewanżuje i dowiem się, kto okrada magazyny.

- Leon, ty geniuszu – powiedziałem dumnie sam do siebie. Położyłem się więc do snu z o wiele lepszym humorem, niż miałem go w ciągu dnia.


Okropny koszmar mnie nawiedził, był niczym powtórka z dzisiejszego dnia wymieszana ze wszystkimi moimi wątpliwościami. Śniłem, że posadziłem lilie wodne na ogromnym terenie (i wcale się nie zmęczyłem), które od razu wykiełkowały. Pojawiła się mafia (składająca się z dwóch poznanych przeze mnie rybek) która zaczęła je ścinać, a tuż za nimi pojawiła się straż. Zacząłem uciekać, ale na mojej drodze pojawiła się Valia. Sądziłem, że mi pomoże, ale zamiast tego złapała mnie za ogon i rzuciła na bok (skąd miała tyle siły?), gdzie znalazłem się za kratami. Moje pozostałe marne życie miałem spędzić jak zapuszkowana sardynka. 

<Valia?>

Od Valii CD. Leona - "Świat ginie w wodorostach"

 W drodze powrotnej wpadłam na starych znajomych. Granatowa rybka podpłynęła do mnie z boku i lekko szturchnęła w bok. 

- Hej, będziesz mu pomagać? – zapytał rozbawiony, chociaż w jego głosie usłyszałam również ciekawość. Spojrzałam na niego kątem oka i kontynuując moją drogę do domu, zapytałam go, skąd wie. – Po prostu mam szósty zmysł – odparł dumnie, na co prychnęłam.

- A twoim szóstym zmysłem nie była wiedza, gdzie grillują krasnorosty? Albo czekaj… Ostatnio mówiłeś, że twój szósty zmysł mówi ci komu trzeba zamknąć gębę – ktoś za mną się zaśmiał. Rozpoznałem po głosie brata Carola. Zielona ryba pojawiła się tuż nade mną.

- Nieee jego szósty zmysł podpowiada mu kiedy brać płetwy za pas – dodał, za co dostał od brata cios ogonem. Odsunęłam się trochę od nich, kiedy wywiązała się między nimi mała przepychanka.

- W każdym razie – zaczął Carol, kiedy uspokoił brata. – Zobaczyliśmy jak błaga cię o pomoc i musieliśmy to zobaczyć – pomachałam zrezygnowana głowa.

- Ponad to muszle mają uszy – dodał Coral. – Jak chcesz mu pomóc? 

- Pomóc? – zaśmiałam się. – Aktualnie to on mi służy i tyle w tej kwestii – na pożegnanie machnęłam im tylną płetwą przed oczami.

Czy zamierzałam mu pomóc? Cóż, powiem tak: nie zamierzałam się za bardzo męczyć. Zależało mi tylko i wyłącznie na informacjach, które miał pomóc mi uzyskać, a jeśli się nie spręży i sama zdołam je zdobyć, może pomarzyć o mojej pomocy. Nie zamierzałam niczego robić za darmo, wszyscy się cenią, nawet gdy mówią, że jest inaczej – okłamują siebie i innych, świadomie lub nie. 

Do końca dni nie zrobiłam niczego pożytecznego, oprócz opieki nad Piratem. Jeszcze kilka dni i go puszczę, nie będę go trzymała w swoich czterech ścianach, bo mi jeszcze zwierzaki sąsiada pogryzie. Kiedy pirania poszła spać, jeszcze chwilę siedziałam na zewnątrz i obserwowałam księżyc. Jutro przyjdzie pełna, a razem z nią moja bezsenność. Cudownie.

<Leon?>

31 maja 2023

Od Valii cd. Leona „Świat ginie w wodorostach” Cz. 7

Słysząc tą krótką, ale zabawną historyjkę, nawet nie pomyślałam, że znowu za dużo i bezsensownie gada. Mimo tego nie odniosłam się do jego wypowiedzi, ignorując „przedziurawienie ogona widłami”, jakby nigdy nie padło.

- W takim razie zdobędziesz dla mnie informacje na temat magazynów z jedzeniem – zaczęłam. Samiec wyglądał na lekko zdziwionego. No tak, sprawa nie była nagłaśniania w żaden sposób. – Od dłuższego czasu ktoś okrada magazyny z jedzeniem – wyjaśniłam dokładniej. Koi przez moment siedział w bezruchu, jakby dopiero trawił tą informacje i kiedy zdał sobie sprawę, że jedzenie, przeznaczone na zimę znika, przez co ławica nie będzie się miała czym żywić, na jego pysku pojawiło się coś na wzór zmartwienia. Nie byłam pewna, bo po chwili jego twarz się uspokoiła i zadał mi pytanie:

- No dobra, to mogę zapytać właścicieli… - przerwała mu, uderzając go płetwą po głowie.

- Pomyśl trochę – powiedziałam ostro. – Nikt o tym nie mówi otwarcie, prawda? – samiec pokiwał głową. – Więc nie możesz sobie tako popłynąć do właścicieli i zapytać ich, kto kradnie jedzenie – byłam nim zażenowana. Jak można było pomyśleć w taki sposób? – Gdyby wiedzieli, już dawno by przekazali informacje komukolwiek z wojska – wytłumaczyłam mu. Samiec przez moment milczał, jakby znowu wszystko trawił. Czy on naprawdę był taki tępy?

- Pracujesz dla wojska? – westchnęłam zmęczona.

- Nie. Dlatego jeśli będę miała te informacje, dobrze mi za nie zapłacą, a ciebie nie pociągną do odpowiedzialności za narkotyki – dodałam. Dopiero teraz samiec wyglądał, jakby wszystko rozumiał. – Załapałeś? – pokiwał głową. – Dobrze – odsunęłam się od stolika. – Spotkajmy się jutro w miejscu, w którym cię przyłapali – miałam na myśli zaułek, w którym przypadkowo go poznałam. Skierowałam się do wyjścia, a samiec ruszył za mną. – Jeszcze coś? – spojrzałam na niego kątem oka. 

- Leon – samiec wystawił do mnie płetwę.

- Co? – przez moment nie zrozumiałam sytuacji.

- Nazywam się Leon, a ty? – na chwilę mnie zamurowała. Nie obchodziło mnie jego imię, nawet zapomniałam, że je miał. Mimo tego uścisnęłam jego płetwę.

- Valia.


<Leon?>

Od Leona cd. Valii „Świat ginie w wodorostach” Cz. 6

Popatrzyłem na nią z lekkim niezrozumieniem. Potrzebowała informacji? W jakiś sposób to zadanie wydawało mi się bardzo proste. Wystarczy zapytać innych, prawda? Z drugiej strony jeśli tak o tym pomyśleć…

- A co chcesz teraz wiedzieć? Całkiem sporo wiem – już miałem zamiar opowiedzieć jej o udawanej chorobie starej Mai, naszej medyczki, która wmówiła wszystkim, że nie jest już w stanie opiekować się rybkami, a to tylko dlatego, że jej mąż powiedział, że jeżeli jeszcze raz wypłynie z domu po zmroku, złoży wniosek o rozwód, ale się rozmyśliłem. Podejrzewałem, że tak jak większość, nie przepadała za moim potokiem słów. Ale co zrobisz, kiedy jest to silniejsze ode mnie?

- Najpierw powiedz mi, czy się zgadzasz. Nie mogę ryzykować, że na mnie doniesiesz – powiedziała ostro wbijając we mnie swój jasny, wręcz przezroczysty wzrok. Przez moment się zastanawiałem, czy nie ma jakiejś choroby oczu. Czy to naturalne, że miała je aż tak jasne? Prawie jak niewidome rybki, które na oczach miały mgłę.

- Oczywiście! – powiedziałem nawet za głośno, przez co niektórzy z klientów skierowali swój wzrok na nas. Samica skarciła mnie wzrokiem, a ja tylko uśmiechnąłem się głupkowato. – Oczywiście – powtórzyłem to szeptem. – Przecież ty możesz na mnie donieść, więc to się wyrównuje – dodałem jeszcze, na co ta tylko delikatnie się uśmiechnęła. Wyglądała o wiele bardziej przyjaźnie, kiedy jej kąciki ust wznosiły się do góry.

- To prawda – stwierdziła. – Załóżmy, że w takim razie ci ufam. Jak mnie okłamiesz, to na ciebie doniosę – pokiwałem szybko głową, wiedząc również, że nawet gdyby to ona mnie okłamała i od dzisiejszego momentu obmyśliła sobie plan w głowie, że wyda mnie organom sprawiedliwości w momencie, w których nielegalne rośliny zakwitną i będą gotowe do sprzedaży, ja i tak nic nie powiem przeciwko niej, bo nie wierzyłem, że informacje jej potrzebne bądź jej aktualna profesja są bardziej niebezpieczne od tego, co właśnie miałem zrobić.

- Przysięgam na mój kochany ogon – orzekłem. – Wiesz, że kiedyś przedziurawiłem go sobie widłami? – powiedziałem nagle.

<Valia?>

16 lutego 2023

Od Valii CD. Leona - „Świat ginie w wodorostach” Cz. 5

Spojrzałam na jego wystraszoną twarz, słuchając jego szalonego potoku słów, wylewającego się z jego żałosnej gęby. Uśmiechnęłam się, bo w pewnym sensie jego propozycje mnie rozbawiły. Wysterylizuje ci zwierzaka, zaopiekuje się chorą ciotką, której nienawidzisz

- Dobra dobra, zamknij się już – przyłożyłam mu płetwę do pyska, tym samym ją zamykając. Musiałam przyznać, że mógłby mi się przydać jakiś gamoń, zgadzający się bez zbędnego gadania wykonać moje rozkazy. 

- Zgadzasz się? – zapytał po krótkiej chwili ciszy, posyłając mi smutne oczy bąbelka, które niestety nie wyszły mu tak, jak powinny, pewnie z tego względu, że był dorosłym koi, a nie jakiś narybkiem.

- Zrobimy tak. Ja ci pomogę nie wpaść, a ty będziesz robił to, co ci każę – samiec początkowo wyglądał na bardzo zadowolonego, z jego ust wypłynęło ciche ale szczęśliwe „jest”, a kiedy dotarła do niego reszta mojego zdania, spoważniał, przystanął dwa machnięcia ogonem ode mnie i spojrzał podejrzliwie.

- A jakie to miałyby być zadania? – zapytał, a ja się odwróciłam i zaczęłam płynąć przed siebie. – Hej! Czekaj – szybko mnie dogonił i płynął zaraz obok mnie. Wiedziałam już, że należy do tych bardzo, ale to baaaaardzo natrętnych rybek. – Zgadzam się na umowę, zbytnio innej opcji nie mam, zważając na to, że jakaś mafia… - zamknęłam mu usta, uderzając w jego pysk tylnym ogonem.

- Masz zdecydowanie za długi język – westchnęłam, po czym trochę zwolniłam, aby wyrównał ze mną tempa. – A woda ma uszy. Porozmawiamy o szczegółach w innym miejscu – wyjaśniłam. 

- Gdzie? – to pytanie pozostawiłam bez odpowiedzi.

Płynęliśmy przed siebie w milczeniu; przynajmniej tak to wyglądało z mojej strony. Samiec najwidoczniej nie potrafił zbyt długo milczeć, jakby jakaś niewidzialna siła otwierała mu usta i wyciągała język na wierzch. Były to jednak krótkie i nieznaczące zdania, jak „Odradzam ci jadanie w tej restauracji bo bla bla bla. Widzisz ten neonowy budynek? Kiedyś bla bla bla. Chodziłem tutaj do szkoły i bla bla bla.”. Nie interesowały mnie jego historię, był mi tylko potrzebny, aby trochę mnie odciążyć oraz pomóc w szukaniu informacji. Co dwie głowy to nie jedna, a przez jego tak zwaną charyzmę i znajomość wielu rybek – tak, wiedziałam, że zna tu prawie cały zbiornik, mimo wszystko obiło mi się o uszy istnienie jakiegoś ogrodnika Leona, który jest wszędzie i każdy go zna – mógł mieć dostęp do informacji, których potrzebuje. Jego osoba mogła mi ułatwić życie i przyspieszyć pracę, co poskutkowałoby większą ilością czasu dla siebie, mniejszym użeraniem się z innymi rybami oraz mniejszą konfrontacją z szefem. Wystarczyło tylko mu pomóc, aby hodowla nielegalnych roślin nie wyszła na jaw, czyli zrobić coś, do czego mam dobrą płetwę. Żyć, nie umierać tylko.

Dopłynęliśmy do niedużego pubu, umiejscowionego gdzieś z boku całego zbiornika. Charakteryzował się tym, że był na granicy głębszej wody. Dno było niżej, a woda wydawała się jakby ciemniejsza, co sprawiało, że nie każdy porządny obywatel tego zbiornika miał ochotę spędzać tutaj wolny czas. Poskutkowało to tym, że miejsce to było idealne do rozmawiania o szemranych interesach, bo jak się z czasem okazało, najczęstszymi klientami były rybki, pochodzące spod ciemnej gwiazdy: a większość tych rybek znałam. 

- Siadaj – podpłynęłam do beżowej muszli, leżącej prostopadle na kilku kamieniach, całość współgrała jako stolik. – A teraz przejdziemy do konkretów. W zamian za to, że pomogę ci wyhodować te rośliny, ty masz wykonywać moje polecenia. Będę potrzebować kilku informacji, które należy wyciągać od zwykłych koi. Twoim zadaniem jest szukanie informacji, w jaki sposób, mi to obojętne. Ważne jest, abyś dostarczył mi to, co chce wiedzieć. 

<Leon?>

14 października 2022

Od Leona CD. Valii - "Świat ginie w wodorostach" Cz.4

Grzybień biały, a grzybień niebieskie. Grzybień niebieskie, a grzybień biały… niech to piorun trzaśnie! Nie ma różnicy pomiędzy sadzonkami, więc skąd mogłem wiedzieć, które sadzę? Dostałem informacje, że moje lilie są już do odbioru, leżą zapakowane i czekają przed budynkiem handlarza, dlaczego więc obok nich musiały stać te same rośliny, ale inne? Niech ktoś mi powie, jak można mieć takiego pecha, aby posadzić sobie kwiatki i nieświadomie naprzykrzyć się mafii? Albo chociaż chciałbym wiedzieć u  kogo zamówili te nielegalne rośliny? Czyżby mój stary znajomy sprzedawca miał swoją druga, mroczną stronę?

- To masz przerąbane – usłyszałem żeński głos, który wyrwał mnie z oszołomienia. Jasna ryba rzuciła mi jeszcze przelotne spojrzenie, po czym skierowała się w tą samą stronę, co pozostali. Poderwałem płetwy do góry i ruszyłem za nią, uświadamiając sobie, że ta trójka się znała.

- Znasz ich? Ty też jesteś w mafii? – nie mam pojęcia, czemu o to pytałem. Być może po to, aby zrozumieć, dlaczego stała bezczynnie i nic nie zrobiła. Musiałem w końcu na kogoś zrzucić winę, że mnie dorwali.

- Ja? Nie rozśmieszaj mnie – zatrzymała się, odwróciła i zaśmiała mi się prosto w pysk. – To, że nic nie zrobiłam, nie oznacza, że jestem jedną z nich – dodała.

- Ale to, że z nimi rozmawiałam, oznacza, że ich znasz – powiedziałem to równie uszczypliwie jak ona. Między nami zapanowała chwila ciszy, podczas której mierzyliśmy się wzrokiem. Mój strach już minął, a na jego miejscu pojawiła się złość.

- Nawet jeśli kiedyś do nich należałam, to co? Doniesiesz na mnie? – zapytała po chwili. Teraz to ja milczałem, próbując wszystko przetworzyć. Czy był to zbieg okoliczności? Dwóch członków mafii mnie goniło, a ja wpadłem na ich byłego członka. Czy to nie podejrzane?

- Czyli pomagałaś im mnie złapać? – kontynuowałem, a ta znowu parsknęła śmiechem.

- Po prostu jesteś zbyt wolny i słaby, aby uciekać, nawet nie musiałam interweniować, a byłam tu przypadkowo – wyjaśniła.

- Zgaduje, że z tobą również było coś nie tak, skoro nie należysz już do mafii. Poległaś na jakimś zadaniu? – zmarszczyła brwi, a w jej oczach ujrzałem coś na wzór ognistych płomieni zwiastujących wściekłość.

- Sama odeszłam i nic ci do tego. Chcesz dostać w nos, że mnie denerwujesz? – zapytała ostro, co sprawiło, ze przeszły mnie dreszcze, a słysząc pytanie, czego chce, ogarnął mnie jakiś dziwny spokój.

- Czego chce? – mój głos był już spokojny. Odsunąłem się od samicy, na moment się zamyśliłem i zaraz do niej podskoczyłem, łapiąc ją za płetwy. – Pomocy! – to zabawne, że już drugi raz ją o to proszę.

- Co? – zapytała oszołomiona nagłą zmianą.

- Potrzebuje twojej pomocy. Należałaś do nich, więc znasz się na nielegalnych sprawach, a ja tych kwiatów nie wyhoduje bez twojej pomocy. Nie mam pojęcia jak mam je ukryć! 

- To nie moja sprawa! – wykrzyknęła i zaczęła odpływać, więc ruszyłem za nią.

- Proooszę! Bez ciebie zginę, jak kryl połykany przez wieloryba, nie mam cienia szansy na przeżycie! Zrobię co tylko zechcesz! Ugotuje ci, zrobię pranie, wysterylizuje zwierzaka, zajmę się chorą ciotką której nienawidzisz, zakopię nawet trupa, jeśli jakiegoś będziesz miała! – z moich ust znowu wypłynął wodospad słów i nie mogłem tego zatrzymać. Być może też temu, aby nie usłyszeć od niej odmowy.

<Valia?>

Od Leona – "Dorosłość nie bierze jeńców" cz.4 "W paszczy rekina"

Popłynąłem za nimi w kierunku kanionu. Nie podobało mi się to, że Elka była taka rozbawiona przez tego brudnego stajennego. Postanowiłem nie spuszczać z niej oczu, co w kanionie nie było takie trudne. Cały teren był pokryty głazami, idealnymi do ukrywania się. Żadne z nich nie wiedziało, że było obserwowane, a dodatkowy plus był taki, że w tym miejscu pływały również inne koi, dlatego ich uczucie, że są obserwowani, nie kierowało od razu na myśl, że ktoś taki jak ja, może ich śledzić. Byłem niczym ninja, nieuchwytny, wtapiałem się w tłum i obserwowałem. Różnica była taka, że ja nie znałem sztuk walk, ale po co mi ona była, skoro potrafiłem się ukrywać?

Elka i Newt rozmawiali. Z tej odległości nie słyszałem o czym rozmawiali, ale prawdopodobnie o niczym fascynującym. Zaczynałem się nawet nudzić tym całym śledzeniem. Poprzednia adrenalina wywołana czymś nowym, a nawet niemoralnym przepadła, kiedy ta dwójka nie robiła niczego ciekawego. Elka już więcej przygód miała ze mną, gdy byłem nieprzytomny. Jakim cudem on jej jeszcze nie zanudził? Gdy postanowili przysiąść na skalnej ławeczce, oparłem się o głaz, za którym się ukrywałem. Obserwowałem ich jeszcze krótką chwilę, po czym nieświadomie zdrzemnąłem się. Była to krótka drzemka, ale wystarczająco długa, aby moje ofiary gdzieś zniknęły. Niezadowolony zacząłem pływać po kanionie, a gdy nie udało mi się ich znaleźć, wróciłem do domu nie w humorze.

Z Elką zobaczyłem się następnego dnia. Wpadłem do niej, ponieważ miała popilnować moje trzy młodsze siostry. Korzystając z okazji, zapytałem ją o wczorajsze spotkanie.

- Całkiem dobrze, Newt okazał się inny niż mi się wydawało – przyznała, pozwalając moim siostrom wpłynąć do jej pokoju, by mogły pobawić się ich ulubionymi muszelkami.

- Jest nudniejszy? – samica posłała mi zirytowane spojrzenie.

- Przestań. Każdego będziesz mierzył miarą zabawności? 

- Nie. Tylko Newta – Elka pokręciła zdenerwowana głową.

- Może już sobie płyń – odpłynęła ode mnie w kierunku swojego pokoju, ale zatrzymałem ją w połowie drogi.

- Co ty taka naburmuszona? Randka się nie udała, że się na mnie wyżywasz? – zapytał trochę zdenerwowany, czego potem żałowałem. Elka nie była jak większość samic, zainteresowana głównie błyskotkami bądź uroczymi rzeczami. Koi ta uwielbiała ryzyko i nie bała się ubrudzić sobie płetw. Co za tym szło? Czasami była agresywna jak rekin.

- Po pierwsze, to nie żadna randka – podniosła głos i spojrzała mi prosto w oczy. – A po drugie nie wyżywam się. Chce ci tylko uświadomić twoje głupie myślenie o nim – zbliżyła się do mnie, zmuszając mnie do odsunięcia się do tyłu.

- Rany julek, nie musisz się denerwować. Jakoś wcześniej razem z niego żartowaliśmy, a teraz co? Udajesz, jakbyś była aniołem od początku? – również podniosłem głos, a moje zaciekawione siostry wyszły z pokoju Elki i zaczęły nas oglądać. Brakowało im tylko krasnorostów do tego.

- Nie, ale ja się zmieniłam i ty też byś mógł, bo robisz się okropny i mam cię dosyć.

- Tak? Czyli co? Wolisz jego ode mnie?

- Tak! – gdy to powiedziała, coś w mym środku pękło. Chociaż miałem świadomość, że mówi tak tylko przez gniew, jaki się z niej wylewał, to jednak zrobiło mi się przykro. Bez słowa ją wyminąłem i skierowałem się do wyjścia. Byłem takie wściekły na tą rybę, że mógłbym ją… normalnie… mógłbym…

- Przepraszam – usłyszałem z tyłu. Nie odwróciłem się, Elka sama do mnie podpłynęła i uderzyła w bok. – Wiesz, że jak się denerwuje, to mówię wszystko tylko po to, by kogoś wkurzyć – mówiła już spokojnie, jakby przed chwilą w cale się nie denerwowała. Spojrzałem na nią i trochę mi ulżyło. Mimo wszystko dalej byłem na nią zły. – Już się nie dąsaj, bo ci wąsy odpadną – przewróciłem oczami. W jakiś sposób ten tekst zawsze mnie bawił, a teraz sprawił, że trochę się wyluzowałem.

- Niech ci będzie.

- Sztama? – spojrzałem na nią po raz drugi i lekko się uśmiechnąłem, kiwając głową. – A wy czego podsłuchujecie? – odwróciła się do moich sióstr, które zaraz się spłoszyły i uciekły do jej pokoju. Elka pokręciła rozbawiona głową.

- Sztama – odezwałem się, uderzając ją w bok. Oboje się zaśmialiśmy i jakby żadnej kłótni nie było, odpłynąłem z jej domu.

<CDN>

13 października 2022

Od Leona CD. Akahity - "Woda była ciepła" Cz. 4

Elka mi zawsze powtarzała, że jestem gadułą, ale nie wierzyłem w to (a raczej nie pozwalałem sobie w to uwierzyć, nawet, jeśli w głębi duszy o tym wiedziałem). Częściej obarczałem innych o to, że z ich pyska wylewają się strumienie słów, składających się w różne zdania. Dla mnie słuchanie kogoś nie było żadnym problemem, tak samo opowiadanie o czymś. Niekiedy inne rybki mówiły mi, że mógłbym zostać nauczycielem: gadałem i gadałem na różne tematy, chociaż według mnie, Elki i Diego, były to bardziej głupoty, niż coś wartego zapamiętania – no chyba, że wiedza o tym, aby nie bawić się z pijawkami, jest wiedzą tajemną i wartą dzielenia się nią z innymi. 

Tak więc na chwilę obecną nie zauważyłem nawet, kiedy zalewałem nowopoznaną kolejnymi pytaniami i opowieściami. Z ciekawości chciałem wiedzieć jakie stanowisko zajęła i dlaczego, jak się jej spodobało tymczasowe lokum i czy planuje tu zostać na dłużej. Słysząc, że na minimum pół roku, poczułem wewnętrzną potrzebę przedstawienia jej naszego zbiornika oraz siłę, która zmusiła mnie do pomocy tej biednej i nieobeznanej w tych terenach rybce, aby sprawić, żeby poczułaby się jak w domu, niezależnie od tego, jak wyglądał jej dom, bądź jak rozumiała to słowo.

Ktoś teraz powinien powiedzieć, że jestem świrem, ale ponieważ nie ma nikogo, kto by to zrobił, a Akahita nie wyglądała na kogoś, kto się do tego przygotowuje, będę dalej uważać siebie za dobrego samarytanina i będę jej opowiadać o zbiorniku. 

Opowiadałem i opowiadałem. Opisałem jej każde bardziej popularne miejsca, opowiedziałem gdzie lepiej nie pływać i gdzie się znajdzie najlepsze jedzenie. Wymieniłem jej miejsca, gdzie mogłaby znaleźć lokum na dłuższą metę (w końcu takie mieszkanko wyszłoby taniej niż nocleg w motelu) oraz ostrzegłem przed niektórymi rybkami. Opowiedziałem również o zmianie na stanowisku alfy i dziwnej sytuacji z Tenebrae. 

- W końcu nie wiem, czy był potencjalnym mordercą czy tylko świrem snującym takie marzenia – stwierdziłem na koniec. Spojrzałem na zmęczone oczy samicy, zdając sobie sprawę, że nie pozwoliłem jej dojść do słowa, a tym samym, przeszkodziłem jej w wypełnieniu swojej obietnicy. – Jeśli za dużo mówię, od razy mów, serio – zapewniłem ją. – Bo ja to nie wiem kiedy zamknąć ten swój pysk – westchnąłem, przyznając się samemu sobie, że byłem bardzo gadatliwy. Niestety było to silniejsze ode mnie. – Chodź, poczęstuje cię krasnorostami i pozwolę opowiadać historie – zaprowadziłem ją do swojego domu, ponieważ przez ten cały czas siedzieliśmy w ogrodzie. Akahita nic nie mówiąc ruszyła za mną. Poczęstowałem ją zielonym przysmakiem. – Ja już się zamykam, serio – posłałem jej ciepły uśmiech, mając szczerą nadzieje, że zaraz mnie nie wyśmieje, nie obrzuci wyzwiskami i nie odpłynie w siną dal, pozostawiając mnie samemu sobie.

<Akahita?>

Od Valii CD. Leona - "Świat ginie w wodorostach" Cz.3

Jak najłatwiej i najszybciej zyskać skądś informacje? Pytając innych, ale w taki sposób, aby nie zrobiło się to podejrzane. Więc zamiast ciągle kogoś pytać, wystarczy uważnie słuchać i obserwować świat wokół. Dla mnie nie było to trudne zadanie, mogłam to porównać do oddychania: robisz to, bo musisz, chociaż nawet nie skupiasz się na tym, bo jest to samoczynne. Moja profesja była idealna dla mnie, problem jednak czasami leżał w tym, że ryby nie chciały mówić. Nic, a nic.

Przepływając kanionem między uliczkami, by jak najszybciej dotrzeć do magazynów, gdzie miały miejsce wszystkie kradzieże, ni stąd ni zowąd zostałam znokautowana przez jakąś ciemną rybę, która postanowiła wpłynąć na mnie bez uprzedzenia. Nie wiem co było dziwniejsze: jej niekulturalne zachowanie, czy może słowa „Pomóż mi!” wypadające z jej ust. Nie wiedząc o co chodzi, spojrzałam w ciemnofioletowe oczy przerażonego koi, który tylko wskazał na dwójkę innych ryb, które pokazały się na wejściu do alejki. Zmierzyłam wzrokiem dwie ciemne rybki: jednego o granatowych łuskach i drugiego o zgniłozielonych. Ich wygląd sprawdzał się jako kamuflaż: dlatego ci dwaj bracia zawsze pracowali jako szpiedzy.

- Carol i Coral? – zapytałam, patrząc na zmęczone ryby. Carol, czyli ten o granatowych łuskach, podpłynął do mnie i spojrzał na nieznajomego.

- Witaj Val, jak życie mija? – zapytał Coral, który szybkim i zwinnym ruchem ogona, znalazł się tuż za obcą, wystraszoną rybką. Samiec nie miał już gdzie uciekać.

- Powoli, a wam? Po co go ścigacie? – zapytałam, odpływając od nieznajomego, który posłał mi tylko błagające spojrzenie. Był to zabawny widok. 

- Jak chcesz się dowiedzieć, to możesz zostać – zaoferował Carol, który znalazł się obok brata. Razem przycisnęli czarną rybkę o fioletowych krawędziach na łuskach do kamiennej ściany.

- Strasznie szybko pływasz, wiesz? – rybka pokiwała głową.

- No pewnie, w końcu każdego dnia ktoś mnie goni – zaśmiał się. Słysząc to, uśmiechnęłam się rozbawiona.

- Więc dziwne, że wpakowałeś się w niezłe kłopoty.

- Kłopoty? Jakie znowu kłopoty. Ja jestem grzecznym ogrodnikiem, sadzącym kwiatki – wyjaśnił. Zaczęłam się zastanawiać, czego chcieli od ogrodnika. Coral i Carol byli członkami mafii, do której należałam, dlatego znałam tych dwóch bliźniaków. Nie rozumiałam jednak, co ogrodnik mógł zrobić na przekór mafii. Ciekawość zmusiła mnie do pozostania w tym miejscu.

- Wiesz co posadziłeś za domem tego starca? – robiło się coraz ciekawej.

- No oczywiście, grzybień biały, lilie wodną, nenufar… - zaczął wymieniać. Kiedy te dwie pierwsze nazwy znałam, pierwszy raz w życiu słyszałam o tej trzeciej roślinie. Samce nagle wybuchły śmiechem.

- Słyszałeś to braciak? Koleś myśli, że posadził lilie – śmiali się dalej, a nieznajoma mi rybka patrzyła się tylko nic nierozumiejącym wzrokiem. Jedyne co jej pozostało, to czekać. Gdy w końcu oboje się uspokoili, zaczęli mu wszystko wyjaśniać.

- Posłuchaj stary. Nie posadziłeś grzybieni białych, tylko niebieskie – stałam pod ścianą, kompletnie niczego nie rozumiejąc. Jaka to była różnica, nie licząc koloru? – One były nasze, a ty zmarnowałeś dobre pąki, więc teraz musisz za to zapłacić – Carol przycisnął płetwą nieznajomego do ściany i lekko poddusił. Tamten zaczął wymachiwać płetwą ogonową.

- Pąki były bardzo podobne, skąd miałem wiedzieć, że to wasze? Grzybień to grzybień, co on robił w takim razie u sprzedawcy? Posłuchajcie, ja je mogę wykopać i wam oddać, posadzę tam drugie – próbował się jakoś uratować, ale oni byli nieugięci. Gdy już myślałam, że Carol udusi samca, jego brat go powstrzymał.

- Mam lepszy pomysł, niż dobicie go – uśmiechnął się. Znałam ten wyraz twarzy i wiedziałam, że nieznajomy wpakował się w poważne tarapaty. – Zamiast je wykopywać, wyhodujesz je nam – powiedział. Czarna ryba aż pobladła.

- Ja? Ale to nielegalne, ktoś mnie nakryje. Po za tym w tym domu ktoś mieszka, od razu zauważy, że coś nie gra, to się nie uda – z ust ofiary wyciekł potok słów.

- Coś wymyślisz – Coral poklepał go po plecach. – I nawet nie próbuj się z tego wywinąć, bo źle skończysz – zagrozili mu. Nieznajoma rybka tylko przełknęła gulę w gardle, kiedy jeden z jego oprawców go puścił. Coral i Carol posłali mu mordercze spojrzenia, a ten drugi nadepnął jeszcze nieznajomemu na ogon, aby wiedział, z kim ma do czynienia. Chociaż on sam tego jeszcze nie wiedział do końca, ja wiedziałam, że już po nim. Jeśli mafia go nie wykończy, zrobi to wojsko. 

- Hej – zatrzymałam bliźniaków, nim opuścili to miejsce. – O co chodzi z tymi grzybieniami? – zapytałam. Byłam ciekawa, dlaczego te kwiaty były nielegalne.

- Bo mają właściwości psychoaktywne – wyjaśnił krótko Coral, po czym razem z bratem odpłynęli z tego miejsca. Nim i ja stąd zniknęłam, spojrzałam na nieznajomego, który patrzył na mnie z niewiedzą w oczach.

- To masz przerąbane – stwierdziłam i ruszyłam za bliźniakami.

<Leon?>

Od Leona CD Valii - “Świat ginie w wodorostach” Cz.2

- Czy ja jestem dostawcą? Jestem ogrodnikiem – mamrotałem niezadowolony pod nosem, kiedy przepływałem obok mostów. Coraz częściej moim zadaniem jako ogrodnik nie było sadzenie i opiekowanie się roślinami, ale również przenoszeniem ich z miejsca na miejsce. Dlaczego? Pracowników nie było? A może taniej było płacić ogrodnikowi za to, niż oddzielnemu pracownikowi? Cały poranek przez to pływałem naburmuszony. W południe popłynąłem do sprzedawcy, który miał dla mnie paczuszkę świeżych pąków grzybienia. Ktoś sobie zażyczył, aby mu je posadzić na posesji, więc wziąłem tą robotę od płetwy. 

Sprzedawcy nie było, ale zamiast tego, znalazłem drewniane skrzynki na tyłach. Byłem jego częstym gościem, dlatego stwierdziłem, że zostawię mu na liściu notatkę i wezmę odpowiedni towar. Obejrzałem pakunki ze wszystkich stron i moje rybie oczy zatrzymały się na jednym z nich, który z boku miał wydłubaną literę „G”. G jak grzybień, pomyślałem. Otworzyłem pudełko i zajrzałem do środka. Znalazłem w niej młode pąki grzybienia, dlatego twierdząc, że to paczuszka dla mnie, zamknąłem ją  powrotem, chwyciłem w obie płetwy i ruszyłem w stronę zamawiającego.

Richard, mój nowy zleceniodawca, był starym wdowcem, mieszkającym za mostami. Mimo, że przepływałem tamtędy kilkukrotnie, widziałem go tylko dwa razy, w tym ostatni, gdy chciał się ze mną zobaczyć i poprosić o posadzenie grzybieni z tyłu jego domu. Był bardzo tajemniczy, prawdopodobnie był to wynik utraty swojej żony, która rzekomo popłynęła za daleko i się zgubiła (tak sądził, chociaż reszta mówi, że musiało się coś z nią stać). 

Mając grzybienie, popłynąłem do jego domu. Ponieważ nie chciał mi otworzyć bramy, co oznaczało, że prawdopodobnie go nie było, popłynąłem nad wodorostowym płotem i skierowałem się do jego ogrodu. Już wcześniej dostałem od niego konkretne wytyczne, gdzie mają zostać posadzone kwiaty, dlatego bez zbędnych ceregieli, odłożyłem skrzynkę na ziemię i rozejrzałem się po raz drugi po jego ogrodzie. Tak jak wcześniej zauważyłem, był on zaniedbany. Po utracie żony koi popadł w coś rodzaju depresji (psychologiem nie byłem, więc nie mogłem konkretnie określić, czy to była na pewno ona, ale nie wyglądał też na kogoś, kto jej nie ma na pewno), dlatego jego ogród wyglądał, jakby nikt nie zachodził tutaj od wielu miesięcy. Pomimo tego, że była już jesień, ogród wyglądał gorzej, niż powinien. Żadnego sprzątania, przycinania kwiatów czy ich przykrywania, by nie zmarzły. Widząc to, aż chciało mi się płakać. Tyle dobra zmarnowanego.

Po kolejnych chwilach marudzenia pod rybim nosem, zająłem się pracą. Wykopałem dziury i wsadziłem w nie pąki grzybieni, po czym delikatnie zakryłem ziemią. Całość zajęła mi może nie całą godzinę i kiedy było już po wszystkim, zamknąłem pustą skrzynie. Zabrawszy ją w płetwy, ruszyłem z powrotem do sprzedawcy, aby mu ją oddać.

Podczas drogi powrotnej czułem na sobie czyjś wzrok. To dziwne uczucie obserwowania, opisywanego w filmach jako coś, co kazało ci się ciągle odwracać do tyłu i sprawdzać, czy ktoś za tobą nie płynie, towarzyszyło mi równie uparcie, jak uparcie trzymająca się pijawka. Nikogo niestety za sobą nie zobaczyłem, dopóki nie dopłynąłem do miejsca. Tam zastałem Richarda w zaskakująco dobrym humorze. Zabrał ode mnie pustą skrzynię i kiedy mówił coś o jakimś weselu swojej kuzynki, w wypolerowanej muszli, która stała naprzeciwko mnie, zauważyłem ciemną rybę, uważnie mi się przyglądającą. Był to ułamek sekundy. Zauważyłem go, nasze spojrzenia się skrzyżowały i chociaż po chwili ukrył się za kamieniem, wiedziałem, że nic mi się nie przydarzyło. To był on, to ciągłe uczucie obserwowania i dreszcze przechodzące po grzbiecie. Gdy tylko Richard przestał mówić, opuściłem jego sklep i ruszyłem do domu. Gdy się odwracałem za siebie, ciemna ryba porzuciła swój tryb incognito. Wiedziała, że została demaskowana, dlatego płynęła za mną, niby jako zwyczajna rybka, podążająca w tym samym kierunku. Ignorowałem to, chociaż po każdym skręcie odwracałem głowę, by zobaczyć, że on również skręcił w tą samą stronę. Gdy obok niego pojawiła się kolejna ryba, równie ciemna jak on, ogarnęła mnie początkowa panika i zacząłem płynąć szybciej. Oni również przyspieszyli, dlatego po krótszej chwili zacząłem uciekać. Gnałem przed siebie ile sił w płetwach, ale nieznajomi się nie oddalali. Pływali równie szybko co ja. W mojej głowie zrodziły się potworne wizję porwania i rąbania na kawałki, które zmusiły mnie do zmiany kierunku. Chciałem znaleźć jakiegoś strażnika, który mógłby mi pomóc, nim zostanę obezwładniony, ale jak na złość nie potrafiłem żadnego odnaleźć. Zamiast tego, gdy ostro skręcałem w jakąś kamienną uliczką, wpadłem na jasną rybę. Gdy się zatrzymałem, straciłem nagle siły do ucieczki, dlatego schowałem się za jasną rybą, mając nadzieje, że przy świadku nie zrobią mi żadnej krzywdy.

- Pomóż mi! – krzyknąłem, a po chwili pojawili się.

<Valia?>

26 września 2022

Od Akahity CD Leona - "Woda była ciepła" cz.3

Kiedy jesteś niczym innym jak mierną rybą, pośród niezmierzonych połaci wód, świat zaczyna cię czasami nudzić. W końcu co więcej trzeba rybie, niż tylko pływać w kółko, bezmyślnie omijając roślinki pnące się z dna ku jasności słońca. Jednak jakież to złudne, jakie nieistotne, kiedy nikt poza tobą nie zna twoich myśli. 

Akahita obróciła się na bok, jej oczy powoli rozkleiły się. Świat za oknem, jak na letnią pogodę przystało, zaczynał już świtać i mienić się światłem zdeformowanym przez wodę. Ziewnęła. Nakarmili ją wczoraj, wyspała się. Może to nie był najgorszy sposób aby rozpocząć swoje życie, albo jakąś jego część. Kto wie na ile tu zabawi i czy w ogóle się zadomowi. Jednak od podróży należało czasem odpocząć. Może pół roku. To nie był zły pomysł. Jesień i zima potrafią być doskwierająco nieprzyjemne podczas podróży, a broń święty smoku przez zapłynięciem w taką pogodę do słonych wód. Śmierć gwarantowana. 

Wstała. Nie lubiła wegetować za długo, de facto kto jak kto, ale nie ona! Wypłynęła z pokoiku, ścierając ostatnie resztki snu z powiek. 

—Witaj. Dziękuję za nocleg — ziewnęła kiedy mijała gospodarza. Ten tylko zaśmiał się.

—Głodna?—

—Jak rekin. — jej łuski zabłyszczały delikatnie kiedy słońce owinęło je w swój pobłysk. Zajrzała ku górze. Każda ryba mogła sobie na to pozwolić. W końcu pod wodą nie było możliwości, że straci się wzrok patrząc na ten wymysł wszechświata oferujący im światło każdego dnia i nocy. Ponownie została nakarmiona, a z kultury i dobrotliwości serca zapłaciła hojniej niż wskazywała należność.

Odetchnęła. Woda była ciepła, tak spokojnie owijała ciało swoimi delikatnymi falami, jakby kołysała kwilące niemowlę do snu. Otaczała wonią lata, chociaż i to pewnie za jakiś czas popłynie z nurtem w niepamięć. Akahita powoli machała płetwami. Długie dni beztroskich podróży dobiegały końca, dostała kawałek własnej podłogi i chociaż na chwilę dołączyła do małej społeczności w zbiorniku. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie jej ciągła potrzeba do robienia czegokolwiek.  Może dlatego wybrała takie a nie inne stanowisko. Ale czy to ważne. Nie wiązała przyszłości z nikim i  niczym, nie na dłuższą metę, gdyż rybie serce było złudne. Jak pokocha to całą sobą, a jak straci, po raz kolejny to będzie to niewyobrażalny cios. Poza tym jest niezależna, silna, nie potrzebuje nikogo poza własnym głosem pośród ruchliwych fal rzek! Prawda?

Chwila odpoczynku jednak należała się każdemu. Więc Akahita dryfowała z miejsca na miejsce, podziwiając okolicę, aż rozpoznała kierunek, z którego przybyła. A wraz z nim domek pewnego wariata z widłami. Odetchnęła. Obiecała mu coś, jeśli pamięć jej nie zawodziła. Krótkie przewrócenie oczami i prychnięcie wobec nie pomyślunku przeszłej sobie. Nie dobrze dla podróżnika było być winnym komukolwiek cokolwiek. Nawet jeśli to miała być tylko jakaś głupia opowieść o przygodach. 

— O! Akahita! — bez sekundy zawahania ciemołuskowy samiec wystartował w jej kierunku. Odetchnęła ostatni raz. — Ayy.. To ja miałem znaleźć ciebie! Co tu robisz? —

—Przepływałam niedaleko. Wpadłam wypełnić obietni... —

—O! No tak. Miałaś opowiedzieć mi o drapieżnikach! — ryba ucieszyła się wyraźnie. Jest tu aż tak nudno, że opowieści o zmierzłych przygodach, są tak ekscytujące? 

—Tak.. Tak... imię. Nie przedstawiłeś mi się, taka byłam zaspana. — wprosiła się do jego zadbanego ogródka. 

—Ah. Leon jestem! — pochwycił jej płetwę zanim zdążyła zareagować i potrząsnął nią intensywnie. — Zawsze miło widzieć nowe osoby w zbiorniku. Chcesz coś do jedzenia? Nie mam za wiele, ale coś zawsze się znajdzie dla gości. O! Tak w ogóle to jakie stanowisko przyjęłaś? Planujesz zostać na długo? Jak tak to polecam taką knajpkę. — Akahita wyłaczyła się na chwilę. Co jakiś czas udało jej się odpowiedzieć na jakieś pytanie, ale co celu swoich odwiedzin jeszcze nie dotarła. Dobrze, że jest w miarę cierpliwa, bo w przeciwnym wypadku już dawno wrzeszczałaby na tą gadułę. Tak to tylko słuchała w wymownym milczeniu, jak jej towarzysz rozwija się i rozlewnie przedstawia jej zbiornik w postaci opisów i słów. Ale może w końcu się uda?

<Leon?>

29 sierpnia 2022

Od Leona - "Dorosłość nie bierze jeńców cz.3 – Co jest czarne i niewidoczne?"

- Szybkie przypomnienie – mówiłem sam do siebie, patrząc w swoje odbicie w oszlifowanej muszli. – Do Elki zarywa jakiś stajenny, który codziennie ociera się o śmierć. Twoim zadaniem jest przypilnowanie, aby Elka wróciła do domu cała i zdrowa, a Newt przestał się do niej zbliżać. Zrozumiałeś? – moje odbicie pokiwało głową. Wiedziałem, gdzie się wybierali, samica mi wszystko wyśpiewała, abym ewentualnie wiedział, gdzie szukać ich (jej) zwłok. Nie pozwoliła mi ze sobą iść, twierdząc, że samiec czuje się w moim towarzystwie nieswojo. Byłoby mi to na płetwę, gdyby wiedział, że jestem obok. Na początku pomyślałem, że pokażę mu się, podczas ich randki, ale jeśli powiedziałby to Elce, miałbym poważne kłopoty i prawdopodobnie złamany któryś z ogonów. Nie mogłem dać się zobaczyć ani jednemu, ani drugiemu. Musiałem działać incognito.

Mieli się spotkać przed południem przy parku wodorostów. Elka wyglądała jakoś inaczej, tak jakby… się przygotowała? Zacząłem się zastanawiać dlaczego ona tak się stara. Moje krótkie przemyślenia zostały przerwane, kiedy siedząc i ukrywając się na koralowcu, do Elki podszedł Newt, który dzisiaj też wyglądał trochę inaczej: był bardziej speszony, niż zazwyczaj. Mógłbym powiedzieć, że bym cały spocony ze stresu, ale żyjemy pod wodą, więc nie miałoby to sensu. Oboje przywitali się krótkim uściskiem płetw, po czym zaczęli rozmawiać. Z tej odległości nie słyszałem o czym, a z ruchu ust również nie umiałem czytać, ale mogłem sobie wyobrazić, o czym rozmawiają: „Jesteś bardzo zestresowany Newt”, „Wiem, dzisiaj rano o mało co pirania nie pozbawiła mnie życie”, „Pokonałeś ją?”, „Nie, uciekłem przestraszony”. Mógłbym tak w nieskończoność, wiedziałem jednak, że to może się skończyć nagłym wybuchem śmiechu, który łatwo by mnie zdradził.

Oboje wpłynęli do parku, a ja ruszyłem za nimi. Spłynąłem z koralowca i czając się przy zielonym ogrodzeniu z wodorostów, ukradkiem spojrzałem na nich. Wyglądali na zwykłych znajomych, którzy postanowili się pospacerować: uwierzyłbym w to, gdybym wiedział, że samiec niczego nie chce od niej. Za każdym razem gdy się oddalali, podpływałem do nich, ukrywając się za skałą, roślinami, a nawet innymi rybami (to ostatnie było ciężkie do zrobienia, kiedy nagle jakiś mały karaś zaczął wołać mamę krzycząc, że jakiś dziwny pan go śledzi). 

Usiedli na skalnej ławeczce i intensywnie o czymś rozmawiali. Elka nawet zaczęła się śmiać, co było podejrzane. Podpłynąłem bliżej, chcąc usłyszeć o czym rozmawiali, ale na daremnie. Samica przestała się chichrać jakby ktoś ją łaskotał, a samiec trochę spoważniał (co w jego wykonaniu wyglądało, jakby bardziej się skupił na nie stresowaniu się). Z mimiki ich twarzy zrozumiałem, że zmienili temat. Chcąc usłyszeć ponownie ich rozmowę, podpłynąłem jeszcze bliżej, ukrywając się za długim wodorostem. Aby mnie nie zauważyli, musiałem się bujać na boki tak jak robiła to zielona roślina, poruszana przed wodę. 

- …to jakaś twoja rodzina? – usłyszałem samca. 

- Leon? Co ty – uśmiechnąłem się lekko rozbawiony. – To mój przyjaciel, znamy się od małego – wyjaśniła, na co jej pokiwałem głową.

- A czy wy coś… - nie wiedząc jak dokładnie ubrać w słowa to, o czym myślał karaś, nie dokończył zdania. Elka go jednak zrozumiała.

- Nieee – zaczęła się głośno śmiać. Gdybym mógł, zawtórowałbym jej. – Nawet bym o tym nie pomyślała i to ze wzajemnością. On jest dla mnie jak brat – gdybym mógł, zawtórowałbym jej, mówiąc, że jest moją upierdliwą siostrą, którą wiecznie musze wyciągać z kłopotów; musiałem jednak być cicho. Jedyne co mi pozostało, to kiwanie głową i uśmiechanie się. – Czemu pytasz?

- Zastanawiałem się, czy wiesz. Nie będzie zazdrosny, jak zabiorę cię na Kanion Kamienny? – powiedział trochę niepewnie. 

- Hm… podejrzewam, że byłby zazdrosny nawet o sardynki, więc tym się nie martw. A na Kanion chętnie popłynę. Nie powiem Kamienny, bo ta nazwa jest do kitu – Newt się cicho zaśmiał, po czym oboje wstali z ławki i popłynęli w odpowiednią stronę. Wyjrzałem zza wodorostów.

- Czeka mnie długi dzień – westchnąłem do samego siebie i ignorując tego samego dzieciaka, który nazwał mnie „typ dziwnym śledzącym go panem” i aktualnie przyglądającym się mi z podejrzeniem w oczach, co do moich zamiarów, ruszyłem za nimi. 

<CDN>

11 lipca 2022

Od Leona CD. Akahity – „Woda była ciepła” cz.2

Dzisiaj było nad wyraz zimno, jak na tę porę roku – jak na złość. Miałem dzisiaj wolne i chciałem się zrelaksować. Zastanawiając się nad dobrym miejscem, w którym mógłbym po prostu poleżeć, przypomniałem sobie o Parku Ludzi. Dawno tam nie byłem, a woda tam była jedną z cieplejszych. Postanowiłem to wykorzystać w dzisiejszy chłodniejszy dzień i po śniadaniu popłynąłem w tamtą stronę. Po drodze wstąpiłem jeszcze na rynek by kupić sobie parę przekąsek na drogę u starej wiedźmy… znaczy u starszej babci, która gdyby była smokiem, na pewno zjadłaby połowę ławicy. Wszyscy ją denerwowali i gdyby nie to, że jej zakąski były najlepsze na rynku, nikt by nawet do niej nie podpłynął. Biła od niej mroczna aura, że nawet dzieci ją widząc zaczynały płakać.

Przekąski zjadłem po drodze, czułem się pełny, a nawet ciężki, aż musiałem bardziej się wysilić, aby płynąć przed siebie z tą samą prędkością. Gdy byłem już prawie na miejscu, zauważyłem przed sobą jasnego koi. Miałą przymrużone oczy i wyglądała, jakby to nie ona płynęła, tylko nurt – problem był tylko w tym, że nurtu tu już nie było. Nie chcąc, aby nagle wpadła na jakiś głaz, który pojawi się na jej drodze, przywitałem się z nią. Ta w podzięce stwierdziła, ze jestem gruby – cóż, może rzeczywiście od tych zakąsek mi trochę brzuszek wyszedł na wierzch, ale bez przesady, płynąłem od niej szybciej i żywiej, nawet z dodatkowym balastem.

- Leon – przedstawiłem się. – Nie widziałem cię tu nigdy, a ja znam tu prawie wszystkich. Mieszkam w centrum, tam gdzie jest najwięcej koi. Chyba nie jesteś stąd, prawda? – zacząłem swój ślinotok, kiedy samica mi przerwała, pytając o miejsce na nocleg i wyżywienie.

- Z drapieżnikami? – zignorowałem jej pytanie.

- Yhym – skinęła głową.

- A jakimi? Skąd jesteś? Tutaj nie ma drapieżników, widziałaś może rekiny? – samica posłała mi zmęczone spojrzenie.

- Wiesz co, odpowiem ci na te pytania, jeśli zaprowadzisz mnie tam, gdzie mogę coś zjeść i odpocząć – wróciła do swojej prośby. Przez moment milczałem, zastanawiając się, czy się zgodzić. Z jednej strony przypłynąłem tutaj sobie na odpoczynek, z drugiej jeśli ma coś ciekawego do opowiedzenia, chciałbym posłuchać.  – To jak? – zaczynała się niecierpliwić.

- No dobra… chociaż mi to nie jest na płetwę, ale dobra, za historie mogę to zrobić. Chodź – ruszyłem z powrotem w kierunku ławicy. Kto my pomyślał, że mój wolny dzień skończy się właśnie w taki sposób. 

Podczas drogi do hostelu mojego znajomego, opowiadałem rybie trochę o tym miejscu. Moja usta się nie zamykały, ciągle miałem coś do opowiedzenia, dodania. Ona zaś mi nie przerywała i nie byłem pewny, czy mnie słucha, czy nie chce jej się przerywać ze zmęczenia, czy może ignoruje to, co mówię i tylko płynie za mną, będąc tak naprawdę w swoim świecie. Cóż, jedno nie wyklucza drugiego. Gdy dopłynęliśmy na miejsce, zastałem swojego znajomego przy budynku.

- Cześć Sam – przywitałem się z nim. – Znajdzie się miejsce dla jednej rybki? I coś na ząb? – samiec spojrzał na nowo przybyłą, przyjrzał się jej i w końcu pokiwał głową.

- U mnie zawsze się coś znajdzie. Jakieś wymagania? 

- Wygodne łóżko – odpowiedziała, na co ten się zaśmiał i zaprosił ją do środka. 

- Dobra, to ja płynę sobie odpocząć od pracy, a potem ciebie znajdę i wypytam o te twoje walki z drapieżnikami – odezwałem się do jasnej rybki i kiedy już miałem popłynąć w swoją stronę, zatrzymałem się i odwróciłem do niej. – A tak właściwie, jak się nazywasz?

<Akahita?>

10 lipca 2022

Od Leona CD. Irysahyty – „Każda robota śmierdzi” cz.3

- Czy ty zawsze musisz coś schrzanić? – zapytał Diego, który zaraz zrzucił mnie na ziemię. Spojrzałem na niego zawstydzonym wzrokiem, jednocześnie głupio przy tym się uśmiechając.

- Oj no wiesz, jeżowiec to nie byle jaki szkarłupień – próbowałem się wyjaśnić. – Pamiętasz, jak spotkałem jednego z nich w Zielonej Jaskini? – przysunąłem wiadro do ciemnej warstwy i gdy zdałem sobie sprawę, że nie widzi mi się tego dotykać czystą płetwą, zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mi ją zastąpić.

- Wtedy, gdy szukałeś glonów na romantyczną kolację z Liv? – zapytał trochę drwiąco. Wtedy moje oczy spotkały się z czerwoną szczotką do czyszczenia powierzchni. Podpłynąłem do niej, a gdy do niego wróciłem, odpowiedziałem:

- To nie była romantyczna kolacja, chciałem ją namówić na opiekę nad młodszym rodzeństwem, a że ta sobie coś ubzdurała to nie moja wina – fuknąłem.

- Jakbyś nie wiedział, to każda ryba, która usłyszy „zapraszam się na kolację we dwojga” to tak pomyśli – przerwał mi, a ja tylko machnąłem w jego stronę płetwą i zacząłem wpychać łajno z powrotem do wiadra. 

- Elka by tak nie pomyślała – mruknąłem pod nosem. – W każdym razie, ty na moim miejscu też byś nie tolerował jeżowców, gdybyś trafił na ich całe stado, które goniło cię aż do domu – skończyłem się tłumaczyć i po chwili również skończyłem sprzątanie. 

- To nie zmienia faktu, że czasami mógłbyś być bardziej ogarnięty – zmierzyłem go wzrokiem.

- Mam ci przypomnieć ile razy ratowałem twój rybi zadek? – wymierzyłem w jego stronę szczotkę, umorusaną w nawozie.

- Jeśli masz zamiar mnie tym dotknąć, to chyba nie chce wiedzieć – odsunął się do tyłu.

- I bardzo dobrze, bo mi płetw nie starczy do wyliczenia tego – odparłem, podpływając do ściany, przy której stała szczotka i odkładając ją na miejsce, wróciłem do Diego, zabrałem swoje wiadro pełne nawozu i będąc nieświadomym, jaki syf pozostawiłem na samej szczotce oraz na podłodze, odpłynąłem stąd do ogrodu, aby ukończyć swoje zadanie.

<Irek? I tak będziesz musiał sprzątać>

9 lipca 2022

Od Leona CD. Romelle – „Morderczy Ogrodnik” cz. 4

— Ale nic się nie martw, nie skromnie przyznam, że masz ze sobą mistrza w tej dziedzinie. Każdy kto kiedykolwiek widział mnie w akcji woła na mnie "Leon pogromca szkodników" – wymawiając nazwę, przybrałem bohaterską postawę, ukazując swą wielkość. Potem wskazałem kierunek, w którym znajdowała się szopa. – Kiedyś obok mojego domu pojawił się pluskolec. Kojarzysz może te małe stworki? – zapytałem, a samica pokiwała głową, wiec pominąłem opis tego małego owada, który chociaż ma ładne, duże oczka, pasujące do słodkiego konika morskiego, potrafi tak ukuć i wpuścić w ciebie jad, że drętwiejesz na dobę. – Chciałem tylko posprzątać, bo mi kwiatek spadł z okna i cała doniczka się rozbiła na kawałki. No i tak płynę i widzę, że coś się porusza przy tych kawałkach muszli. – wypłynęliśmy ze sklepu i skierowaliśmy się na jego tył, aby znaleźć szopę. – Podpływam bliżej i widzę jakiś brązowy odwłok z długimi nóżkami. Na początku pomyślałem, że moja doniczka dostała nóg i przyjdzie się zemścić, ale zaraz zza niej wyskoczył pluskolec – znaleźliśmy szopę. Otworzyłem drzwi i zajrzałam do środka, wyciągając z niej siatkę, grabię, wiadro i motyczkę. Motyczkę podałem samicy.

- Mówię ci, mogłem wtedy zginąć, gdyby mnie sparaliżował swoim jadem, to pewnie już nikt by mnie nie znalazł – stwierdziłem. – Ale jak zacząłem rzucać w jego stronę te odłamki doniczki i w sumie wszystkiego, co znalazłem pod płetwą, to jakoś uciekł – skończyłem opowieść i zerknąłem na samice, która wciąż miała ten sam wyraz twarzy, odkąd właścicielka opuściła lokal. – Ale na szczęście pływaki są mniej groźne. Znaczy może bardziej agresywne, ale one nie mają jadu, który cię sparaliżuję. W sumie, to mają tylko krótkie żuwaczki, łatwo powinno nam z nimi pójść – dodałem jeszcze, a Romelle tylko mruknęła coś pod nosem, dając mi znać, że mnie słucha. Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy za bardzo się nie rozgadałem, w końcu ona wcale się nie odezwała, ale gdy dopłynęliśmy do ogrodu, przestałem o tym myśleć.

- Jaki jest plan? – zapytała, a ja tylko podrapałem się płetwą po brzuchu.

- Plan? – zapytałem samego siebie, wiedząc, że nigdy nic nie planowałem.

- Jak chcesz je złapać?

- Trzeba je wygonić z tych roślin, a potem trzymając siatkę z obu stron, łapiemy ile się da – wymyśliłem na szybko. Lekarka tylko pokiwała głową nieprzekonana co do pomysłu i spojrzała na ogród. – No dobra, im szybciej to zrobimy, tym większa szansa, że nas nie zaatakują stadem – rzekłem i chwyciłem grabię. Podpłynąłem do roślin i zacząłem je z daleka poruszać, delikatnie, żeby ich nie uszkodzić, ale głęboko i szybko, aby wykurzyć szkodniki. Gdy pierwszy z nich wyskoczył na mnie z wyciągniętymi czułkami, samica ruszyłem na drugą stronę i także zaczęła przeczesywać rośliny. Uniknąłem ataku i szybko zacząłem budzić resztę.

- Wyglądają jak zmutowane krewetki, prawda? – zaśmiałem się i poczułem, jak coś udziabało mnie w ogon. Krzyknąłem i podpłynąłem do góry, spoglądając na dół i widząc, jak jeden z nich patrzy w moją stronę z radością w oczach, że mnie ugryzł. Ruszyłem na niego z grabiami, a ten uciekł na boki. Okazało się, że nie za bardzo się bały naszej broni. – Chodź po siatkę – powiedziałem do niej, kiedy większość larw znajdowała się na piachu, nie schowana w zieleni. Chwyciliśmy siatkę z obu stron i płynęliśmy w kierunku pływaków. Parę złapaliśmy, a niektóre uciekły. Te, co udało nam się schwytać, wrzuciliśmy do wiadra, które przykryłem pokrywką, zrobioną w dużej muszli.

- Trochę ich jest – odezwała się Romelle, a ja jej przytaknąłem.

- Dobrze chociaż, że są takie małe – wtedy zobaczyłem, jak dwa z nich ruszyły w naszym kierunku. Były tak blisko, że jedyne, co wtedy mogłem zrobić, to uciec w górę (z piskiem). Kiedy ja się trzymałem bliżej sufitu, Romelle obserwowała, jak moje machnięcie ogonem je odepchnęło do tyłu.

- Chyba mam pomysł – odezwała się, a ja spojrzałem na nią zaciekawiony.

Zgodnie z jej planem przywiązaliśmy siatkę do półek tak, że rozciągała się przez cały ogród. Naszym zadaniem było wykurzenie szkodników z ukryć, a następnie odepchnięcie ich w stronę siatki, za pomocą ogonów. Wystarczyło kilka mocniejszych uderzeń ogonem, które wzburzało wodę i odpychało ją razem z pływakami, w kierunku siatki. Wtedy szybko się ją zbierało i wrzucało szkodniki do wiadra.

<Romelle?>

5 kwietnia 2022

Od Leona - "Wędrowiec samotności" (Labirynt cz.4)

Podniosłem łeb do góry. Zajęło mi moment odzyskanie świadomości. Czułem się, jakbym powoli wybudzał się ze snu. Z bardzo długiego, męczącego i okropnego snu. Niestety jakimś cudem do niego wróciłem i nie sądziłem, że szybko z niego odejdę. Tak, jakby coś ciągnęło mnie do niego, tak samo jak kamienne buty ciągną na dno ludzi. 

- Chciałbym się już wybudzić – westchnąłem, podnosząc się do góry i otrzepując się z piachu, na którym wylądowałem.

- Każdy czegoś by chciał, ale większość dostaje figę z makiem – usłyszałem głos. Zacząłem się rozglądać wokół, w poszukiwaniu rozmówcy, ale niczego nie dostrzegłem. Wtedy zauważyłem, ze znajdowałem się znowu w jakimś tunelu, który na końcu dzielił się na kolejne pięć. To był labirynt.

- Kim jesteś? Gdzie jesteś?

- Za dużo pytań na raz – stwierdził. Zacząłem pływać w kółko, sądząc, że ukrywa się za jakimś kamieniem.

- Więc po kolei. Gdzie jesteś?

- Wszędzie i nigdzie – nie zaśmiał się, powiedział to spokojnie, jakby to było oczywiste. 

- Przecież to niemożliwe, wkręcasz mnie. Kim jesteś?

- Kim tylko zechcę. Mogę być tobą – po chwili się zatrzymałem. Nigdzie nikogo nie widziałem. 

- Przestań żartować i wyłaź! Nie masz pojęcia ile przeszedłem!

- Hm… pomyślmy… prawie zostałeś mrożonką, potem prawie zostałeś pociachany przez kraby, a niedawno zostałbyś zmiażdżony przez sufit… wiesz co? Chyba jednak wiem – odpadły mi płetwy.

- Chyba oszalałem – stwierdziłem z lekkim smutkiem.

- Ryby mówią, że można oszaleć z samotności – przez moment nie odpowiadałem, tylko głęboko się zastanawiałem nad całą sytuacją. 

- Czyli z samotności oszalałem i rozmawiam z tobą… czyli gadam sam do siebie, a ty siedzisz w mojej głowie – bardziej stwierdziłem, niż zadałem pytanie. Głos mi po chwili przytaknął, a ja oparłem głowę o ścianę i delikatnie w nią uderzyłem. – Nie sądziłem, że tak to się skończy. Teraz oprócz wyjścia, będę musiał poszukać psychologa. Albo psychiatry.

- Jak wolisz, ja ci nie pomogę.

- Świetnie – spojrzałem na wejście do innych tuneli. – To pewnie też nie wiesz gdzie jest wyjście – zaprzeczył. Jedyne, co mi pozostało, to zgadywanie. Wpłynąłem więc do przypadkowego wejścia. Płynąłem przed siebie dłuższy czas, głównie w ciemnościach. Co jakiś czas tunel był rozświetlany przez świecące kamienie, które znikały za każdy zakrętem. 

- Skoro nie mamy co robić, może w coś zagramy? – zaproponował mój głos w głowie.

- W co?

- Na przykład… o, wiem. Zgadnij, co widzę.

- Ciemność.

- Dobrze! A teraz widzę…

- Kolejne przejście.

- Dobrze! A teraz...

- A teraz się zamknij, mam dość tej zabawy – zezłościłem się.

- Rany julek, zrelaksowałbyś się trochę – prychnął. 

- Jak?! Pływam w te i we w te, nie mogę znaleźć wyjścia, tunele się nie kończą, nie wiem w który mam wpłynąć – powiedziałem wszystko na jednym wydechu, więc kiedy skończyłem, poczułem się zmęczony i niedotleniony.

- Ktoś tu ma problemy z emocjami. Powiedz mi, czy to ma związek z twoim dzieciństwem? Rodzice cię nie kochali?

- Ej! Rodziców to zostaw w spokoju, kochali mnie jak pozostałe czterdzieścioro rodzeństwa! – krzyknąłem.

- Ile? Twoi rodzice chyba relaksowali się w jeden sposób. To może jesteś zazdrosny o braci i siostry?

- Nie. Ze wszystkimi trzymam się dobrze. Prawda, czasami sobie dogryzamy, jak to rodzina, ale to moja kochana rodzina.

- A może czujesz się samotny? Masz kogoś? Masz dziewczynę? – zaczynałem się coraz bardziej denerwować, ale kiedy usłyszałem ostatnie pytanie, zacząłem się nad czymś głęboko zastanawiać.

- Jeśli jesteś mną, to powinieneś wiedzieć, że nie mam. Coś tu nie gra…

-  Wydaje ci się. Jako twój wewnętrzny głos zadaje ci pytania, aby zmusić cię do myślenia o sobie. Większość ma problemy z omówieniem własnych uczuć i myśli i zadawanie pytań im pomaga.

- A mi niby jak ma pomóc?

- Próbujemy ustalić, dlaczego czujesz się rozzłoszczony i samotny.

- Jesteś zły, bo mnie wkurzasz! I nie mogę stąd wyjść! A samotny jestem, bo nikogo innego tu nie ma. Jesteś tylko ty! Wyłaź z mojej głowy! – krzyknąłem i zacząłem szybko przed siebie płynąć. Używałem przy tym całej swojej siły, zamknąłem nawet potem oczy, co poskutkowało tym, że uderzyłem w ścianę.

Odpadłem na piach z bólem głowy. Przez chwilę czułem się jak wcześniej, jakbym powoli się budził, ale jednak tutaj wróciłem. Otworzyłem oczy i rozmasowałem bolące skronie. 

- W końcu cię nie słyszę – powiedziałem powoli.

- W sumie, to dalej słyszysz – otworzyłem oczy szerzej. – Tylko już nie jestem w twojej głowie – przez mną na piasku stało coś bardzo, albo to bardzo małego. Podpłynąłem do tego czegoś i przytuliłem policzek do ziemi, aby spojrzeć na to coś z bliska.

- Czym ty jesteś?

- Jestem planktonem karpiu.

- Więc czemu udawałeś mój wewnętrzny głos? – organizm westchnął.

- Ponieważ się nudziłem. Nikogo tu nie ma, aż ty przypłynąłeś. Postanowiłem uczepić się twojej łuski.

- Dalej nie rozumiem po co udawałeś, że jesteś w mojej głowie.

- Sam to stwierdziłeś, a ja tylko podłapałem grę – zmarszczyłem brwi. Nie podobało mi się. Podniosłem się do góry i miałem zamiar go szybko opuścić, ale mnie zatrzymał. 

- Nie zostawiaj mnie tu! Wiesz ile tu już siedzę? Całkiem sam? – słysząc to, zrobiło mi się go trochę szkoda. Nie ważne jak bardzo bym chciał, nie potrafiłem go zostawić.

- Dobra, możesz płynąć ze mną, ale nie rób więcej takich sztuczek. 

- Obiecuje! – przyrzekł, po czym ponownie uczepił się mojej łuski. Tak zyskałem kompana.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"Okazało się, że Twoją ścieżkę zarasta las podwodnych pnączy. Musisz przedostać się na drugą stronę, jednocześnie uważając na polującego tu szczupaka."

31 marca 2022

Od Leona „Drzwi są, ale nie ma wyjścia” (Labirynt cz.3)

To był bardzo nieśmieszny żart. Z tunelu wylądowałem w kolejnej komnacie. Plusem było to, że nie była już lodowa, mi nie groziło zamrożenie na śmierć, a przede mną były drzwi. Składały się one z wielu małych, białych, matowych muszelek, więc ten, kto je zrobił, musiał mieć do nich sporo cierpliwości. Podpłynąłem do nich, chcąc je otworzyć i w końcu stąd uciec, ale okazały się zamknięte. Mocno je szarpałem, raz nawet w nie walnąłem z rozpędu, mając nadzieje, że pod wpływem impetu rozpadną się czy coś podobnego, ale one były twardsze niż sadziłem i nie wyrządziłem im żadnej krzywdy. Ze złości zacząłem kląć i rozglądać się na boki, sądząc, że to kolejna zagadka – i się nie myliłem.

Pod drzwiami, na kamieniu był wyryty napis „Srebrne oko patrzy zielonym okiem”. Spostrzegłem, że obok była niewielka rycina, przedstawiająca sierp księżyca. Zmarszczyłem czoło i uważnie przyglądałem się to napisowi, to obrazkowi, mając nadzieje, że zaraz mnie oświeci. 

- Srebrne oko patrzy zielonym okiem – wyrecytowałem sobie po parę razy, zmieniając tonacje, zmieniając głos, a nawet szybkość mówienia, niczym mały narybek, bawiący się swoim pierwszym słowem. – Skoro jest srebrne, to czemu patrzy zielonym? – zadawałem sobie pytania. Nie rozumiejąc z tego kompletnie nic, zacząłem ponownie rozglądać się po wnętrzu. Ściany były zbudowane ze zwykłych kamieni, podłoże pokrywał piasek, w którym znajdowało się wiele głazów, a sufit… na suficie znajdowała się ta sama rycina przedstawiającą księżyc. Podpłynąłem do niej i przez kilka dłuższych chwil się jej przyglądałem. Obrazek był gładki, wydłubany w skale. Znajdowały się tutaj linie, kształtujące sierp. Dotknąłem obrazka, delikatnie przejechałem po nim płetwą, a gdy nacisnąłem, księżyc wszedł głębiej w skałę. Wtedy usłyszałem dziwny dźwięk, podobny do stukania skał. Zaraz obok księżyca poluzował się głaz, który po chwili opadł na ziemię. Zaraz za nim powoli spadły dwa kryształy, mieniące się na żółto i na niebiesko. Złapałem je zaciekawiony i zerknąłem w dziurę, powstałą po wypadnięciu głazu. Niestety nie było w niej drugi ucieczki. - Srebrne oko patrzy zielonym okiem – po raz enty to powtórzyłem. Srebrny jest księżyc, a zielony… nie było zielonego oka. Zakładając, że te kryształy miały być prowizorycznymi oczami, trzymałem w płetwie niebieskie i żółte oko. A zielone? – Nie mówcie, że zapomnieli dorzucić – powiedziałem łamiącym się głosem. Nie chcąc w to uwierzyć, przyłożyłem jeden kamień do twarzy i spojrzałem przez niego. Niebieski kamień sprawił, że wszystko było niebieskie, a żółte – żółte. Rozglądałem się po jaskini trzymając je przy oczach i nie dostrzegłem niczego dziwnego. Westchnąłem i ponownie podpłynąłem do księżyca. - Srebrne oko patrzy… - zakładając, że srebrnym okiem był sam księżyc, może musiałem spojrzeć z jego perspektywy? Odwróciłem się do niego plecami i spojrzałem w dół, na piach. Potem przyłożyłem do oczu kryształy i nic. – Zielony… zielony… - zdając sobie sprawę, że oba kolory, które posiadałem, po zmieszaniu dawały kolor, którego potrzebowałem, spojrzałem przed dwa kryształy na raz. Wtedy na środku pomieszczenia, zabarwionego na zielono, w piachu pojawiła się szary kształt.

Szybko podpłynąłem do dna i zacząłem kopać. Po chwili wyciągnąłem spod piachu granatową kulę, zrobioną z gliny. 

- Mam dość tych zagadek… - westchnąłem, widząc kolejną wskazówkę na niej wyrytą. – Spójrz i otwórz mnie – przeczytałem. Charakteryzowała się kulistymi wzorami, które mogłem klikać i wpychać do środka. Zacząłem więc przypadkowo je wciskać, niestety one wracały do swoich pierwotnych stanów. – Dobra, jak mam cię niby otworzyć, co? – zapytałem się jej, wiedząc, że nie otrzymam żadnej odpowiedzi. – Spójrz i otwórz… spójrz… - przypominając sobie wcześniejszą zagadkę, spojrzałem na kulę „zielonym okiem”.  Przyłożyłem do oczy oba kryształy i zobaczyłem, że tym razem widziałem tylko dwa kółka. Wcisnąłem je, a one pozostały we wgłębieniu. Niestety nie otworzyła się. Spojrzałem więc jeszcze raz, a następnie odrzuciłem żółty kryształ. Niebieski pokazał mi kolejne trzy, które wcisnąłem, ale dalej się nie otwierała. Powtórzyłem operacje z trzecim kamieniem i wcisnąłem jeszcze jeden wzór. Kula puściła, a dokładniej, to się rozpadła, pozostawiając w mojej płetwie swoje kawałki, a między nimi klucz z kawałkiem liścia, na którym znajdował się napis „To nie tu”. Z radości wykrzyknąłem, że znalazłem klucz, a następnie, ignorując zagadkę, podpłynąłem do drzwi. W tym czasie poczułem małe trzęsienie, a na moją głowę spadł mały kamyczek. Spojrzałem w górę i zauważyłem, że wszystkie kamienie, tworzące sufit, zaczynały się luzować i opadać na dno. Jeśli się nie pośpieszę, zostanę zmiażdżony. Nie czekając ani chwili dłużej, rzuciłem się na drzwi, szukając zamka. Nie mogłem go jednak znaleźć. Wszystkie muszelki były jednolite i żadne nie tworzyły otworu, w który mógłbym wsadzić klucz. Zaczynałem się naprawdę bać. Spojrzałem na liść i szybko zdałem sobie sprawę, że „to nie tu”. Zamek nie znajdował się w tych drzwiach, był ukryty gdzieś indziej. Znowu zacząłem się rozglądać, próbując nie zwracać uwagi na spadające kamienie, ale jednocześnie starając się, aby żaden z nich nie uderzył we mnie. W końcu coś dostrzegłem: dziurka do klucza znajdowała się zaraz obok ryciny księżyca, na suficie. Nie zastanawiając się, ruszyłem do sufitu, omijając spadające głazy. Cudem uniknąłem jednego z nich, a wtedy wsadziłem klucz do zamka. Gdy go przekręciłem, ujrzałem, jak drzwi z muszelek lekko się uchylają. Zadowolony, ale jednocześnie przerażony, chciałem ruszyć w ich stronę, kiedy jeden z kamieni wylądował na moim grzbiecie i zaczął mnie ciągnąć w dół. Dłuższą chwilę się z nim siłowałem, próbując spod niego wyleźć i udało mi się to dopiero przy samym dnie. Prawie zmiażdżył mi płetwę ogonową, ale udało mi się ją podkulić. Ruszyłem jak najszybciej w stronę wyjścia i gdy cały sufit runął na dół, rzuciłem się w stronę światła, unikając zmiażdżenia.

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"W Twojej głowie odzywają się głosy... Chyba za dużo czasu jesteś w samotni."

Od Irysahyty CD. Leona - "Każda robota śmierdzi" cz.2

Gdy w Zbiorniku pojawiły się wieści o jeżowcu spacerującym sobie w pobliżu rybich mieszkań, od razu zaczęto szukać kogoś, kto zająłby się tym problemem. Oczywiście nie było to zbyt proste, bo ten jeszcze pracował, ten miał się spotkać z matką, na tego czekała teściowa w domu, a ten to w ogóle miał napięty grafik i nie mógł wepchnąć poganiania jeżowca między masaż a zaleganie w łóżku. Wreszcie poszukiwaczom poganiacza trafił się pan Irysahyta zwany Irkiem, który obiecał uporać się z problemem.

Czy robił to z dobrego serca? Czy może tego wymagały jego obowiązki Sprzątacza? Nie i nie. Nawet nie to, że szukał sobie zajęcia, bo płetwy miał pełne ręce roboty. Jak to zazwyczaj bywa w takich sprawach, źródłem owego zachowania była najzwyklejsza rywalizacja. Irek po prostu założył się ze swoim kumplem Suchym, że zdoła pozbyć się jeżowca z centrum, zanim Suchy posprząta do końca zgniłe wodorosty z zapomnianej farmy. Kto przegra, ten przez następny tydzień będzie przynosił kanapki dla obu karpii, z własnej sakwy sponsorowane i dokładnie według życzenia drugiego. Oczywiście mając taką stawkę, Irysahyta nie mógł sobie pozwolić na przegraną. Włożył w poszukiwanie jeżowca całe serce i nie spoczął, dopóki ktoś nie poinformował go, gdzie znajduje się śmiercionośne stworzenie.

Podobno przebywało w pobliżu budynku administracyjnego. A dokładniej mówiąc w środku, bo gdy Irek zaczął dopytywać o obecność szkarłupnia, wszyscy zgodnie głosili, że szwenda się po tunelach. W jednym z nich zostawił ślady defekacji, bardzo nieprzyjemny widok, z którym Irek musiał rozprawić się na początku, bo przecież nikt by mu nie dał spokoju. W końcu był Sprzątaczem, co nie? Znosząc jakimś cudem smród kału pozbył się jeżwocowej wydzieliny i wrócił do swoich poszukiwań. Pływał to tu, to tam, dopytując, rozglądając się, aż wreszcie ktoś w tunelach zaczął się drzeć.

Taką właśnie reakcję wywołuje jeżowiec w środku rybiego budynku.

Irysahyta nieszczególnie się spieszył po szkarłupnia, dobrze wiedząc, że te zmodyfikowane ludzką ręką jeżowce (a przynajmniej tak głosiły legendy) nie są wcale niebezpieczne, dopóki ktoś nie nadzieje się przypadkiem na ich kolce. I w sumie to by było całe niebezpieczeństwo. Ukłuć się. A biorąc pod uwagę, że jeżowce są naszpikowane kolcami, bez mocnej siatki się nie obędzie. Dobrze, że karp nosił takową cały czas na grzbiecie.

Na miejscu znalazł dwa przerażone koi i poszukiwanego jeżowca, którego od razu złapał w sieć. Byli w dokładnie tym korytarzu, gdzie wcześniej jeżowiec się zbombał, ale teraz śmierdziało tu czymś zupełnie innym. Najpierw spojrzał na ryby, jeden z nich to na pewno był Ogrodnik, kiedyś już go widział jak sprzątał, a potem spojrzał na podłogę pod nimi, umorusaną jakimś śmierdzącym nawozem. Mniej więcej w miejscu, gdzie leżała kupa jeżowca.

– Nie no, dopiero tu sprzątałem. – Machnął płetwą w stronę nawozu. – Który mi tu rozwalił ten brud? – Spojrzał na dwa samce, oczekując odpowiedzi.

– Ja... – powiedział przeciągle Ogrodnik, powoli schodząc ze swojego kumpla.

– To w takim razie ty to wszystko posprzątasz, a ja idę odprowadzić naszego drogiego kolczastego kolegę w miejsce, gdzie nie będzie nikomu przeszkadzał.

Bez przejmowania się gostkiem Irek zaczął ciągnąć jeżowca za sobą. Nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby sprawdzić tamtego karpia, skupił się tylko na tym, czy aby na pewno zdążył przed Suchym i nie będzie musiał robić kanapek według wymysłów kumpla. Ten to zawsze miał jakieś wymyślne zasady, byleby dopiec Irkowi. Nie, żeby to nie działało w dwie strony. Może później wpadnie zobaczyć, czy ciemna ryba posprzątała swój bajzel. Choć raz nie musiał topić się w tych nieprzyjemnych smrodkach.

<Leon?>

24 marca 2022

Od Romelle CD. Leona - "Morderczy Ogrodnik" cz.4

Karpica zmierzyła wzrokiem zawartość swojego schowka, kolejno odhaczając w notatniku posiadane składniki. Minęło sporo czasu nim ostatni raz uzupełniała zapasy więc korzystając z braku ważniejszych rzeczy do zrobienia, postanowiła w końcu się za to zabrać. Doświadczenie nauczyło ją, że nie należy polegać wyłącznie na asortymencie szpitala, który z resztą jak twierdziła, był mocno ograniczony. Poza chorymi cierpiało z tego powodu również mieszkanie Medyczki, które od wewnątrz przypominało bardziej niechlujny składzik wypełniony po brzegi zakonserwowanymi glonami i przestarzałymi urządzeniami aniżeli dom, do którego wraca się by zapomnieć o pracy. Przebywając tam odnosiło się skrajnie przeciwne wrażenie.

– Undaria - tutaj. Arame, listownica japońska, kelp, wielkomorszcz - są. Rogolistnik i Elodea - jest i... –spojrzenie ryby zatrzymało się na świecącej pustkami półce, na której powinny znajdować się łodyżki rośliny. Zaznaczyła pozycję na liście i wróciła do dalszego wykonywania czynności, podczas której do grona brakujących elementów dołączyło jeszcze kilka pospolitych kwiatków. Samica wypłynęła na zewnątrz z zamiarem dokończenia pracy. Nigdy nie lubiła zostawiać obowiązków związanych z zawodem na później, uczynnie praktykowała zasadę "Jeśli masz coś zrobić, zrób to teraz" podejmując się jakiegoś zadania niewiele potrafiło odwieść ją od jego ukończenia. 

O ile znalezienie w Zbiorniku wyżej wspomnianych rzeczy nie sprawiło jej większej trudności, tak w przypadku moczarki był jeden dość spory problem. Romelle zależało głównie na kwiatach Elodeii, które ze względu na obecną porę roku nie zdołały jeszcze zakwitnąć. Zatrzymała się, myśląc nad rozwiązaniem problemu i wnet przypomniała sobie słowa Ogrodnika. Skłamałaby mówiąc, że zastanawiała się nad skorzystaniem z propozycji samca, jednak w obecnej sytuacji nie widziała innej opcji, czekanie do maja niezbyt jej odpowiadało, a korzystając ze sposobności mogła sprawdzić czy koi stosuje zalecone przez nią lekarstwa. Wróciła zatem do pokoju, zabierając ze skrytki tuzin pereł i ruszyła w stronę kwiaciarni, w której miała zamiar otrzymać kilka ususzonych pąków rośliny. Minęła główne centrum ławicy, pomniejsze sklepy i szkołę, z której dochodziły ożywione głosy uczniów. W jednej z sal ktoś właśnie recytował jakiś stary wiersz, w kolejnej nauczyciel tłumaczył zagadnienia związane z historią, a w jeszcze innej grobową ciszę przerywał poddenerwowany głos ewidentnie należący do Jitonga. Niedaleko placówki zgodnie z twierdzeniem karpia znajdował się średniej wielkości budynek, którego funkcja wypisana była eleganckimi literami nad wejściem. 

Gdy tylko przekroczyła próg do jej nozdrzy dotarł intensywny zapach mieszanki różnego rodzaju roślin. Wnętrze kwiaciarni było schludne, a jednocześnie bardzo przytulne, każdy element wyposażenia zdawał się idealnie komponować z otoczeniem, równocześnie nie ginąc w gąszczu przedmiotów. Architekt wykonał kawał dobrej roboty. Brązowooka rozglądała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu charakterystycznej aparycji Ogrodnika, kiedy przed jej oczami ni stąd, ni zowąd zmaterializowała się pulchna samica w średnim wieku.

– Witam, mogę w czymś pomóc? – miała melodyjny głos i przyjazny wyraz twarzy.

– Szukam jednego z ogrodników, ciemnofioletowe łuski, długi ogon – zamilkła na moment, próbując przypomnieć sobie więcej szczegółów na temat wyglądu samca – jeśli się nie mylę ma różnobarwne tęczówki. Chciałam sprawdzić, jak się czuje, ale jeśli jest zajęty nie będę przeszkadzać.

Kwiaciarka intensywnie nad czymś myślała, patrząc na nią ze skupieniem, po czym na jej pyszczku pojawił się wyraz zrozumienia.

– Ach no tak, Leon – powiedziała z mieszanką współczucia i rozbawienia – opowiadał mi o tym co mu się przydarzyło. Tyle razy powtarzałam mu, żeby czasami zwolnił i bardziej na siebie uważał, ale on nadal swoje, niech mnie rekin pożre, jeśli przez swój temperament nie wyląduje w końcu na czyimś talerzu – zaśmiała się – Dziękuję, że się nim zajęłaś, wiem jak wiele cierpliwości wymaga przebywanie z nim sam na sam. To dobry chłopak, ale są chwile, w których mam ochotę zamknąć go w schowku na miotły i nie wypuszczać do następnych zbiorów. Pomyśleć, że omal o nim nie zapomniałam! Nie wybaczyłby mi, gdyby się o tym dowiedział więc niech to zostanie między nami – ponownie wybuchnęła donośnym śmiechem, nie przejmując się tym, że ktoś obcy może ją usłyszeć. Wbrew temu co mówiła o karpiu widać było jak bardzo była do niego przywiązana. Przez cały czas trwania swojego wywodu na temat jego zachowania uśmiech nie schodził jej z twarzy. Romelle mogła jedynie zazdrościć im tak dobrej relacji – no ale chyba trochę za bardzo się rozgadałam, jeśli chcesz się z nim spotkać mogę go zawołać, powinien być w magazynie.

Wyminęła ją i nim Medyczka zdążyła zaprotestować jej głos rozniósł się echem po całym pomieszczeniu.

— LEON, DOKTOR DO CIEBIE! 

— CO?! — ryknął Ogrodnik, zza przeciwległych drzwi.

— NIE ŻADNE "CO?" TYLKO PRZYJDŹ TUTAJ NATYCHMIAST! 

Kilka sekund później samiec obładowany po skrzela paczkami nasion wypłynął przez okrągłe wejście.

— Poza swoim imieniem nic z tego nie zrozumiałem, akustyka w tym miejscu jest straszna — oznajmił, niedbale wrzucając torebki na ladę. Otrząsnął płetwy z piasku, przy okazji łapiąc kontakt wzrokowy z karpicą — O, hej.

Młodsza jedynie uniosła leniwie prawą płetwę w geście powitania. Nagle gdzieś na zewnątrz rozległ się hałas, a głowy całej trójki odwróciły się w stronę źródła dźwięku. 

— To pewnie któryś z moich chłopców — odrzekła właścicielka sklepu zmęczonym głosem. Westchnęła przeciągle, przybrała poważną minę (jeśli nie liczyć wciąż wesołych oczu) i ruszyła ku wyjściu — muszę was na chwilę przeprosić, niedługo wrócę.

— Któryś z jej chłopców? — pytanie opuściło pyszczek czarno-białej zanim ta zdążyła ugryźć się w język.

— Pani Morgoone nazywa tak swojego brata i męża — wyjaśnił wciąż spoglądając na drzwi, za którymi zniknęła ryba. 

— Rodzinny interes? 

— Można tak powiedzieć, ogrodnictwo mają praktycznie we krwi. Gdybyś słyszała z jaką pasją każdy z nich potrafi opowiadać o odmianach i pielęgnacji roślin — odwrócił się przodem do blatu kasy i zaczął układać pojemniki z nasionami w wyżłobionych w nim półkach — Poświęcili naprawdę wiele lat na doprowadzenie tego sklepu do obecnego stanu.

— Rozumiem — mruknęła, rozglądając się po raz kolejny po pomieszczeniu — Muszą czerpać z tego niemałą satysfakcję.

— Satysfakcję? 

— Przeznaczacie czas na zajmowanie się ogrodem, odchwaszczacie, nawadniacie i chronicie uprawy. Niektóre z nich nie przetrwałyby bez waszej pomocy — zaczęła, automatycznie biorąc w płetwy torebki i kładąc je w sposób alfabetyczny na gzymsie — przyczyniacie się do powstania nowego życia. 

Medyczka odkąd tylko pamiętała czuła spory respekt do tego zawodu, sama z resztą początkowi miała zamiar szkolić się w tym kierunku i mimo że jej plany się zmieniły wciąż uważała botanika za jedną z najbardziej niedocenianych kwalifikacji. Odchrząknęła, spoglądając na płetwę ogonową samca, ponownie przybrała wyprany z wszelkich emocji ton i wskazując na niego zapytała:

— Jak się czujesz? 

— Na pewno dużo lepiej niż ostatnio — uśmiechnął się — Początkowo nie byłem pewny tego żelu z apteki, ale po pierwszej nocy naprawdę odczułem ulgę.Wydaję mi się nawet, że dziury stały się mniejsze, ale to chyba tylko złudzenie. Będę jeszcze musiał używać jakichś nowych leków lub maści?

— Nic z tych rzeczy — zaprzeczyła — tym razem to ja czegoś potrzebuję. Macie może na stanie Elodee?

— Powinna gdzieś być — odparł, nurkując w zagłębieniu stoły — wolisz same liście, łodygi czy całość?

— Właściwie zależy mi na kwiatach.

— Kwiatach? — przerwał pracę, przypadkowo uderzając głową o wystającą półkę — W takim razie wybrałaś sobie niezbyt odpowiedni moment na wizytę. Gdybyś poczekała jeszcze te kilka tygodni na pewno coś by się znalazło, ale teraz...

— Gdybym poczekała, sama mogłabym je sobie zerwać. Nie macie żadnych zapasów z zeszłego roku?

— Zapasów czego? — pani Morgoone w widocznie lepszym humorze wróciła do środka.

— Kwiatów moczarki — objaśnił Ogrodnik — tegoroczne zakwitną dopiero za miesiąc lub dwa.

— To rzeczywiście komplikuje sprawę — przyznała, spoglądając nieobecnym wzrokiem w podłoże, co jak zauważyła Medyczka, czyniła, gdy o czymś intensywnie myślała — bez wątpienia nie mamy ich w magazynie, ale mogę odwiedzić starego Artura, z tego co pamiętam lubi kolekcjonować takie rzeczy. 

Problem w tym, że w ogrodzie znowu zalęgły się larwy żółtobrzeżka i jeśli szybko się ich nie pozbędę możemy mieć spory kłopot.

— Mogę się tym zająć — odrzekła szybko samica, na co starsza obrzuciła ją dość wątpliwym spojrzeniem.

— To miłe z twojej strony, ale to praca dla botanika, te szkodniki potrafią być naprawdę nieobliczalne. Chętnie posłałabym Cię samodzielnie do karpia, o którym mówiłam, ale odkąd przez jedną rybę omal nie oślepł, potrafi być bardzo agresywny w stosunku do nieznajomych. Chciałabym Ci pomóc, ale jak sama widzisz chwilowo nie jestem w stanie.

Brązowooka ostatni raz rzuciła okiem na przepraszający wyraz twarzy florystki, wyrzuciła z siebie jakieś słowa zrozumienia i przygnębiona skierowała się do wyjścia. Czy tak miał wyglądać finał jej małej ekspozycji? Była zawiedziona i rozgoryczona i bynajmniej nie chodziło tu o fakt, że nie udało jej się zdobyć rośliny. Koi wprost nie cierpiała, gdy coś szło nie po jej myśli, a jeszcze bardziej poczucia bezsilności, które odczuwała przy każdej porażce. Chwyciła w płetwy klamkę od sklepowych drzwi, w myślach widząc siebie na bujanym fotelu, przewracającą z niecierpliwością kolejne kartki kalendarza. 

Już miała zamiar otworzyć wejście, gdy zatrzymał ją głos Leona.

— A jeśli pomógłbym jej w ogrodzie, mogłaby pani załatwić te kwiatki?

— Możliwe, ale czy nie miałeś przypadkiem innych obowiązków do zrobienia?

— Już uporządkowałem zioła, a ostatnie paczki nasion, które miałem przynieść leżą przed nami — wskazał płetwą na blat — jestem wolny jak tamto pole, gdy już skończymy z larwami.

— Cóż... w takim razie mogę na to przystać — podpłynęła do zmieszanej doktorki, odbierając jej uchwyt — Narzędzia są w szopie na zewnątrz, postaram się wrócić najszybciej jak tylko będę mogła, ale jeśli uporacie się z tym przed moim powrotem poczekajcie na mnie przy altanie.

Pożegnała się i wypłynęła z pomieszczenia.

— Naprzód kompanio, mamy warzywnik do odbicia — skwitował z uśmiechem samiec, machając do niej płetwą. 

— Dziękuję — oznajmiła, gdy znalazła się już koło niego — nie musiałeś tego robić.

— To nic takiego — prychnął — musisz być naprawdę zdesperowana, skoro tak chętnie oferujesz pomoc z tym chrząszczem — zamilkł na moment, widząc jej pytającą minę — albo nie wiesz co to jest.

Bingo

— Nie szkodzi. Musisz jedynie unikać bezpośredniego kontaktu i uważać na ich żuwaczki — wręczył jej pojemnik z preparatem, który zdążył wyciągnąć z budy — Ale nic się nie martw, nie skromnie przyznam, że masz ze sobą mistrza w tej dziedzinie. Każdy kto kiedykolwiek widział mnie w akcji woła na mnie "Leon pogromca szkodników". 

Każde następne zdanie wypowiedziane przez niego na temat owadów, karpica komentowała cichymi pomrukami lub kiwaniem głową. Nie przyznałaby tego na głos, jednak to, co w zamyśle fioletowego miało ją pocieszyć przynosiło kompletnie odwrotny skutek. Mimo tego postanowiła nie zaprzątać sobie tym myśli, wyjść do ogrodu, pozbyć się robaków i odebrać nagrodę. W końcu odrobaczenie grządek, nie powinno być takie trudne, prawda?

<Leon?>

22 marca 2022

Od Leona – "Jak nie dać sobie odciąć płetwy" (Labirynt cz.2)

Podniosłem głowę w górę, by zauważyć, że nie znajdowałem się już w lodowej komnacie, a światełkiem był promień słońca, odbijający się w małym kryształku. To mnie napawało małą nadzieją i ogromną dumą, że jednak stamtąd wyszedłem. Teraz wiedziałem, że nie zamarznę i nie zostanę żadnym dowodem przeszłości. Mogłem być spokojny.

Podniosłem się z ziemi i spojrzałem przed siebie, bardziej się przyglądając kolejnemu miejscu. Przede mną rozciągał się tunel. Wyglądał na długi, jakby nie miał końca, a światło docierało przez minimalne przerwy między skałami, na suficie. Na pierwszy rzut oka nie widziałem żadnych rozgałęzień, tunel wydawał się mieć jeden kierunek. Nie czekając ani chwili dłużej, ruszyłem przed siebie. Wszystko wydawało się w porządku, tunel formułowały ciemne skały, błyszczące w niektórych miejscach przez drobinki kryształów, w których odbijały się nikłe promienie słońca. Nagle piach pode mną się poruszył. Był to bardzo słaby ruch, wręcz niewidoczny, ale się powtarzał. Z każdym powtórzeniem ruch stawał się coraz bardziej widoczny. Zaciekawiony podpłynąłem bliżej dna i to był mój błąd. Kiedy to zrobiłem, czerwone szczypce wyłoniły się spod piachu i złapały mnie za płetwę. Krzyknąłem z bólu i momentalnie wzbiłem się do góry, aby znaleźć się jak najwyżej. Na moje nieszczęście, mój krzyk zbudził kolejne kryjące się w piachu kraby, które wyłaniały swoje szczypce ku mnie. Ponad to krab, który udziabał mnie za ogon, nie chciał mnie puścić. Chwycił moją płetwę ogonową jednym szczypcem i kiedy pływałem w kółko jak głupi, starając się go z siebie zrzucić, patrzył na mnie znudzonym spojrzeniem, jakby przechodził przez to wiele razy. Wkurzyłem się, dlatego zacząłem uderzać ogonem o ścianę, sprawiając, że on także w nią uderzył. 

Na początku wydawał się twardy, zamknął oczy i tylko wzmocnił uścisk, co mnie zmotywowało do mocniejszych uderzeń. W końcu zaczynał tracić siły, poluzował swoje szczypce i po chwili opadł pomału na ziemie, z powrotem do swoich braci, którzy dalej mieli w moim kierunku wyciągnięte swoje chwytniki. Spojrzałem na mój biedny ogonem. Kolejna rana do kolekcji, zaraz obok dziur po widłach. Coś czułem, że ja nie umrę ze starości, albo na brak ogona. 

Spojrzałem na wrogów, którzy widząc, że nie zamierzałem do nich podpłynąć, z powrotem schowali się w piachu. Wiedziałem, że będą na mnie czekać, byłem w końcu dla nich pożywieniem. Bacząc na moją biedną płetwę ogonową, ruszyłem przed siebie, mocno trzymając się sufitu.

Płynąłem i płynąłem, piasek przestał się ruszać, aż przez moment przeszło mi przez myśl, że dały mi spokój. Bałem się jednak upewnić. Po chwili jednak musiałem. Tunel się zbliżył, a sufit niebezpiecznie zbliżył się do podłoża. Na moment się wstrzymałem. Płynąć, czy nie płynąć? Postanowiłem wpierw je sprawdzić. Wyciągnąłem ze ściany kawałek kamienia, po czym rzuciłem w piach. Ten momentalnie się poruszył, na chwilę spod piaszczystej warstwy wyłoniły się czerwone szczypce, ale zaraz zniknęły. Wiedziałem, że na mnie czekały, a one wiedziały, że nie mam wyboru i muszę podpłynąć przed siebie. Musiałem wpaść na jakiś pomysł, aby przepłynąć przez tunel.

Gdy rzuciłem kamień, zauważyłem, że krab na chwilę do niego ruszył, aby go sprawdzić, a potem był zajęty cofaniem się. Cóż, może mój pomysł nie był genialny, ale było to jedyne, na co wpadłem – zebrałem kilka małym kamieni. Zapchałem je sobie nawet do pyska, nie wiedząc, ile ich będę potrzebował. Trzymałem dużą garść w płetwach, miałem ich tyle, że aż się wysypywały. I wtedy ruszyłem – przed siebie, szybko. Kamyczki wpierw opadały samoistnie, pod wpływem grawitacji, potem jednak zacząłem je wyrzucać z płetw. Kraby wyciągały szczypce, ale wpierw łapały mój zbędny balast, a nie mnie. Musiałem płynąć bardzo szybko, ponieważ nie znałem odległości, jaką musiałem przebyć, aby być bezpieczny oraz nie miałem pojęcia, kiedy kraby dadzą mi spokój. W najgorszym przypadku rzucą się na mnie. 

Szczypce łapały kamyczki, a ja omijałem ich ostre i mocne chwytniki. Na odchodne patrzyły na mnie ze złością, że dały się nabrać i na nowo zakopywały się w ziemię. Mi za to skończyły się kamyczki, więc zacząłem wypluwać te z ust, mając nadzieje, że wkrótce nadejdzie koniec tunel. Na szczęście lub nie, skoczyły się w idealnym momencie – no prawie. Kiedy skoczyłem do przodu, na otwartą przestrzeń, pozbawioną piachu na ziemi, jeden z krabów złapał mnie za płetwę brzuszną. Pociągnął mnie w dół, ale był to zbyt słaby uścisk, aby mógł się utrzymać, gdy uderzyłem w ziemię i go trochę zmiażdżyłem. 

Udało się. Przepłynąłem przez tunel pełen ukrywających się krabów. 

<CDN>

Gratuluję! Twoim kolejnym zadaniem jest:
"Trafiasz do pomieszczenia z drzwiami. Dociera do Ciebie, że żeby otworzyć drzwi, musisz rozwiązać zagadkę. Pierwsza poszlaka brzmi: "Srebrne oko patrzy zielonym okiem" i dołączony jest rysunek księżyca, podobnego do płaskorzeźby na suficie."